TARCIE CHRZANU – Adwokat diabła

Całkiem niedawno, bo przy okazji rozpraw o nowym krążku All Them Witches, wraz z kolegą Pawłem poruszyliśmy sprawę zastoju, a może wręcz powolnego rozkładu, jaki dotknął stonerową scenę. Zrezygnowani, stwierdziliśmy, że w jej obrębie nic ciekawego się już nie dzieje. Czy aby na pewno? Nie, żebym z lubością wchodził w rolę adwokata diabła – gatunek nie bez powodu odtrącany jest obecnie od czci i wiary. Mimo wszystko, nie sposób zapomnieć dobrych rzeczy, jakie wciąż na tym poletku powstają. Właśnie o nich poniżej.

The Devil And The Almighty Blues – II Chyba już kiedyś na tych łamach wspominałem, że debiut Norwegów pozamiatał mną doszczętnie, zachwycając świeżością i surowością brzmienia, specyficznym, bluesowym feelingiem i-devil po prostu – fantastycznymi piosenkami. Momentalnie, w najgłębszym, pierwotnym odruchu, pomyślałem: „ależ to dobre!”. Dokładnie tego mi brakowało – właśnie teraz, gdy większość takiej muzyki płynie do nas z zimnokrwistej Skandynawii, bardziej niż kiedykolwiek potrzeba też nowych, amerykańskich klasyków na miarę naszych czasów, do bólu korzennych i autentycznych”. Tak było. A potem poznałem swoją pomyłkę i nadziwić się nie mogłem. Oni brzmią TAK naturalnie. Zupełnie, jakby wyssali to z mlekiem matki. Niespotykany wdzięk i gracja, coś naprawdę godnego pozazdroszczenia. Ustaliliśmy już zatem, że „I” była debiutem niemal idealnym. Następca, na szczęście, nie rozczarowuje, choć nie byłoby o to zbyt trudno. Jak powszechnie wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a historia słyszała o tysiącach zespołów, które swoich debiutów nigdy nie przebiły. Przekleństwo zbyt dobrych początków. „II” z jednej strony nie zaskakuje, uroczo przynudza, by zaraz uderzyć soczystym riffem, jednym słowem: nic nowego. Także samo brzmienie norweskich diabłów nie zmieniło się ani o krztę. Znacznie więcej, niż na debiucie, jest tu za to typowej, północnej melancholii, lekkiej, niezobowiązującej psychodelii i wąsatego zamyślenia. Dobrze komponuje się to z surowizną gęstszych momentów. Ulubiony moment? Chyba „North Road”, bo ładnie buja. Mocno zalatuje przy tym Wujkiem Kwasem, ale nic to, prawda? Cóż więcej dodać… Cieszę się niezmiernie, że zespół nie przestaje dostarczać. Ten gatunek potrzebuje dużych, dużych płyt, które podtrzymywać go będą przy życiu. Szarości widział aż nadto.

HARK – Machinations O tym albumie powiedziano już naprawdę wiele dobrego. Tak wiele, że ciekawość wzięła w Hkońcu górę, a ja postanowiłem zbadać, z czym to się je. Wnioski? To bardzo dobra płyta, choć, mimo wszystko, mam lekkie wątpliwości, czy na pewno dorosła do swej sławy. W każdym razie jedno jest pewne – „Machinations” w piękny sposób przypomina, że w naturze tej muzyki leży swego rodzaju brzydota i zalegający w trybach piasek. Jeśli ciężar, to niekontrolowany, nie taki wygładzony. Walijska maszyna sunie naprzód z mozołem mogącym zwiastować rychły jej rozpad. Z polotem czy lekkością nie mają te utwory za wiele wspólnego. Czasem mam wręcz wrażenie, że wokalne załamania eksponowane są celowo, a same piosenki mniej przebojowe, niż mogłyby być. W tym szaleństwie tkwi chyba jakaś metoda, ponieważ jest coś pięknego we wszystkich tych chropowatościach i niedoskonałościach. Zaskakuje graniczący z niedbałością punkowy luz, który może nasuwać skojarzenia z wczesnym Corrosion of Conformity. Momentami daje o sobie znać fascynacja walijczyków Baroness (harmonie we wstępie do „Fortune Favours The Insane”, progresja akordów „Speak In Tongues”) czy Mastodon. Nie jest to krążek idealny, za często gubi bowiem napięcie, brakuje mu też sznytu, który pozwoliłby w okamgnieniu zidentyfikować HARK w tłumie zjaranych brodaczy. Nieliczne uchybienia nie mogą jednak przesłonić będących w zdecydowanej większości zalet. Ostatecznie przecież, nie ulega wątpliwości, że „Machinations” to jedna z najciekawszych rzeczy, jakie w tym roku przydarzyły się stonerowi.

Black Tundra – Black Tundra Sludgy dudes, co to na każdym kroku rękami i nogami bronią się przed żarłoczną szufladką „sludge”. Paradoks? Tylko częściowo. Desperacji, jaka bije ze ściany dźwięku generowanej przez warszawiaków,T bliżej raczej post-metalowym emocjom, niż bagnistym posępnościom. Zdarza się, że na tle monumentalnych riffów odbywają się leniwe, acz beztroskie solowe harce i te momenty mocno kojarzą się ze stylistyką, w której babra się choćby Pallbearer. Natomiast chwile oddechu, pełne przestrzeni, ale i niepozbawione piwnicznego dymu, jako żywo przypominają Ramesses i ich niezapomniane „Possessed By The Rise Of Magik”. Odniesienia te pochodzą z dość odległych światów, co zwiastuje pewną różnorodność materiału. I rzeczywiście, nudno nie jest, a przy tym jest w tym albumie coś, co każe spoglądać na całość raczej jak na świeże zjawisko na polskiej scenie, niż na zlepek cudzych inspiracji. Bo też płodna nasza ziemia takiego zespołu jeszcze nie zrodziła, nikt tu jeszcze tak nie grał. Już pomijając etykiety. Co ważne, mimo, że wokale na „Black Tundra” są raczej szczątkowe, muzyka ani na moment nie traci spójności ani nie gubi się w meandrach monotonii. Niezwykle intrygujący sposób przywitania się ze światem.

Adam Gościniak