TADDY PORTER – Taddy Porter (Primary Wave Music)

Zapewne w USA takie zespoły powstają równie często jak black metalowe hordy w Norwegii. Szczególnie od czasu, kiedy ogłoszono renesans klasycznego, rockowego łojenia muzykanci wyszli ze stodół, ośmieleni wizją uszczknięcia choćby najdrobniejszego kawałeczka popularności, wykraczającej poza ich rodzinną miejscowość.

Taddy Porter powstał w Stillwater (stan Oklahoma) trzy lata temu, na milę śmierdzi końskim łajnem, sianem i whiskey. Zapewne muzycy podczas koncertów nadużywają jakże charakterystycznego „iiihhhaaaa”, by ożywić publiczność. Na całe szczęście, zamiast kowbojskich butów noszą trampki i wyglądem nawiązują raczej do sztafażu wczesnego Led Zepp czy Soundgarden niż Pikniku Country. A co najciekawsze, gdyby powstali w Szwecji, zapewne przebiliby popularnością Mustasch…

Amerykański kwartecik, mający na koncie ep – kę „Monocle” i opisywaną tu, debiutancką płytę, posiada wszystkie atuty potrzebne, by zaistnieć na ogólnoświatowej scenie. Czyli dobrego wokalistę, który nie nadużywa melodii, wie za to, co zrobić ze swoim głosem, utalentowanych gitarzystów, mających lekką rękę do pisania fajnych riffów i sekcję rytmiczną, która przede wszystkim wie, gdzie jej miejsce. Dodatkowo warto wspomnieć dobrego producenta, który ubrał ich muzykę w solidne, soczyste i potężne brzmienie. Gdyby jeszcze któryś z nich nosił np. nazwisko Windstein czy może Anselmo, mielibyśmy kolejny, eksportowy band. Zespół niespecjalnie przejmuje się ewentualną perspektywą kariery, grając muzykę głęboko zakorzenioną w klasyce amerykańskiego country, bluesa i hard rocka. Ciekawie została ułożona dramaturgia płyty (a może to zwyczajny przypadek?). Na początek mamy kilka rasowych, mocno kumających się ze stoner rockiem songów, opartych o świetne, nowoczesne i chwytliwe riffy. Jest moc, gdzieś, w oddali lekki posmak dokonań Josha Homme. Są dobre aranżacje, eksponujące nie umiejętności, ale kompozycje. Im dalej w głąb płyty, tym pojawia się więcej nawiązań do rockowej i blues’owej tradycji. Akustyczne brzmienia, charakterystyczne harmonie stawiają zespół w jednym rzędzie z Black Stone Cherry, skazując go jednocześnie na raczej lokalny żywot. Tej solidnej, miłej w konsumpcji załodze brakuje jednego – jakiegoś „zadziora”, nieco więcej mroku, bo tylko wtedy ten nieskazitelny obraz może dotrzeć do większej masy. Co nie zmienia faktu, że jako poranny budzik, płyta sprawdza się znakomicie. Do tego należy pogratulować świetnego, prostego, ale jakże sugestywnego pomysłu na okładkę.

Arek Lerch 3