SZRON – Death Camp Earth (Under The Sign of Garazel)

Szron wkurwia nie tylko podczas porannej skrobanki auta, ale i miałką odmianą black metalu, jaką duet ów produkował był od przeszło dekady. Nie bez kozery użyłem czasu zaprzeszłego, bowiem „Death Camp Earth”, na tle dotychczasowego dorobku,  jaśnieje niemal jak jutrznia nowej ery… Ok, przesadzam, ale sam fakt nagrania tak dobrego albumu w najmniej oczekiwanym momencie wystarczy, by przyjaźnie uszczypnąć chłopców w policzki mrucząc „dobra robota”.

Wiele zespołów mieszczących się w podobnej szufladce stylistycznej co Szron – i wielu słuchaczy ich muzyki – wpada w tę samą zdradliwą pułapkę myśląc, że skoro to takie proste dźwięki, to każdy głupi je zagra. Otóż grając surowy black metal na typowo norweską modłę nie można (lub też „nie wystarczy”) być debilem, trzeba za to mieć wyczucie ducha, który musi kryć się w tych monotonnych melodiach, wronim wokalu i transowej surowiźnie brzmienia. To potrafi może jedna kapela na pięćdziesiąt, reszta to byty raczej zbędne z punktu widzenia odbiorcy. Z umiarkowaną przykrością przyznaję, że w moim odczuciu jak dotąd Szron oszraniał tę drugą kategorię. Dotychczasowe dokonania  zespołu zapoznawałem, w przypadku splitów, ze względu na „tę drugą kapelę” , bądź powodowany jedynie kronikarskim zacięciem i ciekawością, które to również ustawiły mi „Death Camp Earth” w zasięgu uszu. W zestawieniu ze słabiutkim „Zeal” nowa płyta nie wnosi kompletnie nic nowego do stylistyki muzycznej duetu, ale jakościowo przeskakuje o ligę wyżej i na miarę szronowego dorobku jest wręcz arcydziełem. Choć wciąż zdarzają się momenty nieco słabsze, to stopniała większość kiepskich riffów wypełniających poprzednie wydawnictwa, ustępując miejsca patentom prostym, ale zapadającym w pamięć i posklejanym w przemyślane, świetne kompozycje. Muzyka Szron wali norweskim black metalem jak z fenrizowej chaty, ale miast czerpać z jego przaśnego oblicza (patrz – scena fińska), zagrzebuje się w transowym hałasie z lekkim rock’n’rollowym smaczkiem. Kłaniają się tu dokonania Darkthrone z okresu między „Total Death” a „Hate Them”, pobrzmiewa stary Hades, Armagedda (i cóż, że ze Szwecji), ale stawiam moją kolekcję promówek z Moribund, że gitarzysta upodobał sobie najbardziej ostatnie płyty Burzum, w szczególności „Belus” i „Fallen”, co dobitnie słychać w melodyjnych, kojących riffach utworu tytułowego czy „The Birth of a God”. Szkoda, że fajność muzyki nie przełożyła się na okładkę, już wolałem zdobiący „Zeal” obrazek w stylu „totalitarian Frank Miller goes Photoshop annihilation” niż to coś zdobiące „Death Camp Earth”.

To wszystko brzmi, jakby Szron nagrał „niezły album jak na swoje możliwości”, ale moim zdaniem ta płyta broni się sama niezależnie od kontekstu wcześniejszych dokonań zespołu (choć na ich tle tylko zyskuje). Entuzjaści surowego black metalu mogą, w zależności od potrzeb, podzielić mój entuzjazm przez współczynnik kultowości lub dopisać do poniższej punktacji ekstra gwiazdkę i prędko zamawiać „Death Camp Earth” w Under The Sign of Garazel.

Bartosz Cieślak