SWORN ENEMY – Living On Borrowed Time (Rock Ridge)

Nie przypuszczałem, że Sworn Enemy jeszcze mnie czymkolwiek zaskoczy. A tu proszę, reprezentanci NYHC nagrali jeden z najlepszych swoich albumów w karierze, który nie ma nawet porządnej kampanii reklamowej. Dość powiedzieć, że grupa zajawki albumu wrzucała na swój profil soundcloud co już samo w sobie jest dość nietypowe. Dodajmy do tego deal z malutkim sublabelem grupy Warner i… wszystko staje się niejasne. Dziwi mnie brak zainteresowania Metal Blade czy Nuclear Blast ekipą z Nowego Yorku, ale widocznie, takie są prawa rynku. Za brak aktywności na płaci się wysoką cenę.

Strategie marketingowe zespołu pozostawmy im samym – może jest w tym jakaś metoda. Z czysto kronikarskiego obowiązku pragnę odnotować, że za cały layout albumu odpowiada nie kto inny jak Rafał Wechterowicz, jeden z najlepszych polskich grafików, jeśli nie scenowych grafików w ogóle. Warto sprawdzić facebookowy profil Wechtera w celu szybkiego opadu szczęki – jest co oglądać. Wracając do muzyki. Odkąd pamiętam, załoga Sworn Enemy lawirowała pomiędzy slayerowskim thrashem, punkiem i newschoolowym NYHC. Kiedy inni cofali się do korzeni gatunku lub próbowali swych sił w nu-metalu, zespół pod wodzą Sala LoCoco z każdym kolejnym albumem rozwijał crossoverową formułę. Dla niżej podpisanego oznaczało to serwowanie coraz lepszych nagrań z małą wpadką w postaci słabszego „Maniacal” i nierównego „Total World Domination”. Dziś, pięć lat po premierze tego ostatniego, zespół atakuje ze zdwojoną siłą młócąc w myśl „im więcej Slayera tym lepiej” – i nie ukrywam, że o to właśnie chodzi. Skoro Szwajcarzy z Cataract mogli to robić, to Sworn Enemy tym bardziej. Jednakże, tutaj pojawia się pytanie, czy ten zwrot w stronę łojenia z okresu „The Beginning of the End” to zasługa nowych muzyków czy innych czynników? Co by to jednak nie było „w to mi graj”.SE Band fot. Derek Soto

Krążek zawiera 11 kompozycji, z których warto zapamiętać otwieracza „Do Or Die” ze stuprocentowo slayerowskim riffem przewodnim, wściekłe „No Mercy” i singlowe „Slipping Away” z genialnym tekstem i przezajebistym bridge. Są też breakdowny, ale to raczej dodatek – bo lwia część utworów to po prostu łojenie „szybko i do przodu” (za wyjątkiem bujającego i nieco zbyt podręcznikowego „No Apologies). Panowie nie lizą się po jajcach ze słuchaczami i spuszczają im łomot jakiego oczekują. A że nie jest to nic odkrywczego? Co z tego. W swojej kategorii Sworn Enemy nie ma konkurencji.

Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć