SVARTSYN – Black Testament (Agonia Records)

„Black Testament” to już ósmy duży album Svartsyn co jak na dwadzieścia lat działalności pod tym szyldem jest osiągnięciem, powiedzmy, trzymającym średni poziom. Projekt ten od zawsze stał gdzieś z boku black metalowej sceny, tworząc muzykę, która, co tu dużo mówić, miała swoich zwolenników. Osobiście jakoś nigdy nie miałem po drodze ze Svartsyn i tak naprawdę poprzednie wydawnictwa tej artystycznej inicjatywy nie spędziły w moim odtwarzaczu zbyt wiele czasu. Wraz z „Black Testament” stało się jednak inaczej.

Dość pobieżne obcowanie z poprzednimi wydawnictwami Svartsyn sprawiło, że stosunkowo trudno jest mi odnieść do historii tego projektu, ewentualnie umiejscowić „Black Testament” w szeregu albumów z przeszłości. Nie będzie wiele przesady jeśli powiem, że jest to pierwszy album Svartsyn, który wciągnął mnie na dłuższy moment. Płytę otwiera lekko rzewne, brzmiące jak chora partia skrzypiec „Intro”, które wprowadza w klimat. Dalej też będzie mrocznie, chwilami straszno, ale też wyjątkowo jak na jednoosobowy band (sic!) interesująco od strony muzycznej. Weźmy pod lupę choćby taki „Venom of the Underworld” z ciekawie zaaranżowanym, rytmicznym riffowaniem lub jeszcze bardziej interesujący „Carving a Tmple”, który w początkowej zgrzytliwej fazie ociera się niby przypadkowo o noise. Jak dla mnie Svartsyn na nowej płycie idzie w bardzo dobrym kierunku, nie ogranicza się tylko i wyłącznie do super true leśnego grania, patrząc szerzej na gatunek. Osobiście bardzo cenię takie właśnie podejście. „Black Testament” zawiera black czarny jak smoła materiał; mocny, brutalny, cięty, jestem niemal przekonany, że wielbiciele grania, które oparte jest na klasyce, ale sięga też nie co głębiej, będą z „Black Testament” zadowoleni.

Tak jak pisałem wyżej, kompozycje są przemyślane i inteligentnie zaaranżowane a do tego warto również powiedzieć dwa słowa o tym jak ten materiał brzmi. Są tu zatem elementy znane od lat, trochę piwnicznego brudu, szorstkości, trochę czającej się po kątach melodii i wszystko zaprawione smołą. Ornias przez lata stał się bardzo sprawnym instrumentalistą i słychać to, że do tematu brzmienia przykłada się równie mocno co komponowania. Svartsyn na swoim nowym materiale może i nie wyważa szeroko otwartych drzwi, ale jak dla mnie jest to propozycja całkiem przyjemna. Mocny, black’owy materiał z bardzo zawiesistą, lekko dziwną atmosferą i o to chyba w tej muzyce chodzi…

Wiesław Czajkowski

Cztery