SVART CROWN – Abreaction (Century Media)

Kiedy rozmyślam o współczesnym black metalu, zastanawiam się, w jak fatalnym położeniu są młode kapele uprawiające odmianę gatunku skupioną na blastach i szybkostrzelnych riffach. Z jednej strony czyhają wszyscy ci grzeczni chłopcy w wyblakłych golfach grający rozwodnione wariacje na temat post-black metalu, a z drugiej stojący na ugruntowanych pozycjach klasycy łupania w obłąkańczych tempach, gdzie chwilę wytchnienia stanowi co najwyżej outro. Prowadzi to do konstatacji, że młodzi nie mają szans przebicia. Tak, jak Svart Crown.

To już czwarty krążek podopiecznych Century Media, którego zawartość można określić hasłem “muzyka dla wszystkich i nikogo”. Zresztą, zastanawiam się, kto może być odbiorcą takich pozycji jak “Abreaction”? Przecież to oczywiste, że spragniony furiackich pocisków słuchacz prędzej włączy “Panzer Division Marduk”, niż którykolwiek z materiałów Svart Crown i im podobnych formacji. Może to właśnie dlatego panowie już od czasów debiutanckiego “Ages of Decay” przetykają gęste strzały topornymi walcami budzącymi konotacje z nowocześniejszym doom metalem? Niby sprytne rozwiązanie, ale również odbiegające od wysokiego stopnia pomysłowości. Przecież to dawno temu zrobił chociażby wspomniany wyżej Marduk. Wcale nie próbuję wyzłośliwiać się na Svart Crown, zwyczajnie pragnę pojąć sens tworzenia zasadniczo dla siebie. Wspominam o tym, gdyż mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie znaleźć w muzyce Francuzów czegokolwiek, co mógłbym zapamiętać na długie lata. Nie ma tu ani nieokrzesanej jatki w stylu Infernal War, ani serii plugastw do jakiej przyzwyczaiło nas Angelcorpse, że już o majestacie Celtic Frost z “Monotheist” nie wspomnę. Czuję, że w łomotaninie Svart Crown jest pewna metoda, że oni w tworzenie tych utworów włożyli dużo serca, a nad każdym siedzieli po kilka godzin i dopracowywali, naprawiali, dopieszczali. Wbrew pozorom, to jest problem. Pozorna perfekcja tej płyty stanowi jej spory mankament. Dlaczego? To jest black metal! Tu nie ma miejsca na grzeczne przywitania czy wyrachowanie, tu musi być dzicz i krwawa łaźnia bez cenzury. Francuski skład najwyraźniej o tym zapomniał, czego efektem – delikatnie rzecz ujmując – jest usypiająca zawartość “Abreaction”. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, dlaczego ich występ przed Deicide w Poznaniu oglądało ledwie kilkanaście osób. Co mi z kaskady blastów w “Carcosa”, skoro za dopiętym na ostatni guzik brzmieniem i wystrzeliwanymi raz po raz riffami nie stoi nic więcej? Albo takie “Khimba Rites” – doceniam usilne próby zbudowania złowieszczego nastroju na podstawie ciężarnego riffu, aczkolwiek tenże i wszystkie składowe dookoła niego wpadają jednym uchem, by w jednej chwili wylecieć drugim. Wbrew pozorom, książkowe opanowanie instrumentów i łupanie w prędkości dźwięku nie wystarczą do nagrania dobrej płyty.SC

“Abreaction” to nudna płyta i niech nikt nie próbuje łudzić się, że może być inaczej. Już samo to, że po sześciu odsłuchach nie zapamiętałem żadnego z utworów o czymś świadczy. Przed muzykami Svart Crown jeszcze dużo pracy, życzę powodzenia.

Łukasz Brzozowski

Zdjęcie: Simon Grumal

Dwa i pół