SURVIVE – RR7349 (Relapse)

Nastała ostatnio niezaprzeczalna moda na wehikuły czasu. Wehikuły przeróżnego charakteru, jedne mogące zawieźć ciekawego eksploratora w gitarową świetność lat 70., inne zaś łypiące tęsknym wzrokiem reflektorów za chłodną elektroniką dekady późniejszej. Załoga SURVIVE wsiadła do pojazdu tej drugiej kategorii. Po drodze zatrzymała się jeszcze na stacji benzynowej zwanej „Stranger Things”. Dziwne to było paliwo, oj dziwne… Wzbili się na nim wysoko, wyżej, niż kiedykolwiek mogliby przypuszczać. „RR7349” pokazuje, że bak – szczęśliwie – wciąż pełen.

Sława musi być ślepa. Bo jak inaczej wytłumaczyć jej całkowicie nieracjonalne wybory? Survive nie są ani żadnymi prekursorami, ani wzorcem oryginalności. Urodą też raczej zbytnio nie grzeszą. A jednak, dzięki niespodziewanemu sukcesowi wspomnianego wyżej serialu, dostali od losu niepowtarzalną szansę. Tak, przypadku w tym wszystkim było co niemiara. Czy ma to jednak oznaczać, że na takową szansę nie zasługiwali? Bynajmniej. W swojej sztuce są autentyczni do bólu. Patrząc na nich, widzę dzieci zaklęte w zbyt dużych powłokach i dusze wypełnione młodzieńczą naiwnością, egzaltacją i melancholią. Cóż by to wszystko miało za znaczenie, gdyby samej muzyce brakowało argumentów? Ano właśnie, żadnego. Tym bardziej, że zadanie utrudnione niejako podwójnie; trzeba przetrwać porównania z półminutowymi miniaturami, które stanowiły zaledwie nieobowiązkowe dopełnienie przykuwającego całą uwagę obrazu. Tym razem nie ma się za czym schować, dźwięki czterech syntezatorów to byt jedyny i samodzielny. W niczym to, rzecz jasna, nie przeszkadza, o ile tylko pogodzimy się z tym, że nie będziemy zbyt często zaskakiwani jakimiś nagłymi zwrotami akcji. Wszystko opiera się tu na klimacie, a przyznać trzeba, że w jego kreowaniu grupa jest naprawdę niezła.Survive

Lata 80. czają się za każdym, bez wyjątku, rogiem. Czasem nasuwa się na myśl horror klasy C, innym razem nastrojowe sci-fi (a niech mnie, to już było…). Mało zachęcające porównania? A cóż stoi za naszym sentymentem do tych czasów, jeśli nie ich kicz i przaśność właśnie? Za muzyką SURVIVE kryje się jednak coś więcej, jakaś nienachalna tajemniczość. Czasem maszyny przemawiają niemal ludzkim głosem. Wszystko zaczyna się od kropli, która drąży skałę. A później… pojawiają się kolejne płaszczyzny, wariacje, wymiary. Wszystko nakłada się na siebie i zazębia, by w końcu przejść do momentu kulminacyjnego. Umiejętnego budowania napięcia jest tu naprawdę sporo. Tak jest chociażby w rewelacyjnym „Copter”, który długo krąży i lawiruje wokół głównego tematu, a gdy ostatecznie dotrze do sedna, powoduje bezwzględny opad szczęki. Za mechaniczną perfekcją kryje się sporo najzwyklejszych w świecie emocji. A oprócz inspiracji oczywistych (Tangerine Dream), da się wychwycić te mniej dosadne – momentami przebijają np. delikatne echa takiego Depeche Mode. Elektroniczny szkielet spotyka chwytliwe, popowe melodie. Wszystko to naznaczone gęstym mrokiem, trochę z ciemnej, nieoświetlonej ulicy, a trochę z nocnego lasu. I też w nocy najlepiej tego albumu słuchać, wtedy te dziwne dźwięki najdosadniej przemawiają do wyobraźni. Może i prawdą jest, że trzeba dać temu materiałowi nieco czasu, ale z pewnością nie będzie to czas zmarnowany. Choć nie jest to szczyt innowacji, wciąż stanowi jakiś powiew świeżości. Zdecydowanie warto sprawdzić.

Adam Gościniak

Cztery