SUPERJOINT – Caught Up in the Gears of Application (Housecore)

Rytuału już nie ma. Rozmył się gdzieś po drodze, na przestrzeni lat. Pozostał Wielki Skręt, król wszystkich jointów, który wciąż dycha, co więcej – ma się całkiem dobrze. Tak, ogień żarzy się w nim zaskakująco mocno, jak na takiego staruszka.

Nie ukrywajmy – ta płyta, kawałek dobrej muzyki po prostu, była Anselmo potrzebna jak powietrze. Wypłowiał nam ostatnio pan Filip, spowszedniał lekko, sroga warstwa kurzu pokryła pamięć o jego, niebagatelnych przecież, historycznych dla metalu zasługach. A wszystko przez wypluwanie całej masy przeciętnych, generycznych, nikomu niepotrzebnych płyt. Czy to wyraźnie nawiązujących do metalowych korzeni, z Illegalsami na czele, czy kolejnych, coraz słabszych ep-ek Down, który to kolektyw, nawiasem mówiąc, już niczym nie przypomina siebie sprzed paru/parunastu lat. I nie chodzi tylko o przetasowania personalne… Ale wróćmy do samej osoby wokalisty. Takim gwoździem do trumny mogła być dla niego afera, jaka rozpętała się początkiem roku po alkoholowych występkach, które miały miejsce podczas festiwalu „Dimebash”. Było hailowanie, były hasła w stylu „white power”. Tak, też mam wrażenie, że ten film już kiedyś grali… W każdym razie, wszystkie te niekorzystne okoliczności skumulowały się i sprawiły, że aura wokół Anselmo nie należała do najbardziej pozytywnych. Taki album, jakim jest Caught Up in the Gears of Application wydaje się być w zaistniałej sytuacji zbawieniem.

Choć i powodzenie tego przedsięwzięcia nie było wcale takie oczywiste. Zawirowania prawne związane z nazwą, zmiany w składzie (i tu przypałętali się osobnicy znani z tych nieszczęsnych Illegals) i, delikatnie mówiąc, nienajlepsza ostatnio forma wokalna Anselmo sprawiały, że ten krążek stanowił jeden, wielki znak zapytania. No i ten dziwny koncept, jakby niepotrzebne dorabianie ideologii. Że niby płyta opowiada o digitalizacji współczesnego świata, zagubieniu w wirtualnej rzeczywistości i zagrożeniach związanych z tymi zjawiskami. Brzmi prawie, jak temat szkolnego projektu na informatykę, prawda? Całe szczęście, nie jest to sprawa kłująca w uszy. Ostatecznie to nie teksty są tutaj najważniejsze. I dobrze.superjointband2015_638

Od pierwszych dźwięków słychać, że stary, dobry Superjoint powrócił. Dominuje tu wkurwienie, które zdecydowanie nie przeszło dżentelmenom wraz z wiekiem. Ta muzyka wzbudza we mnie chęć łomotania głową w ścianę. Dzieje się tak z dwóch odmiennych powodów – albo mechaniczne, niemal nieludzkie brzmienie wprowadza w bolesny trans, albo całkowicie znikąd pojawia się siarczysty, wysoce południowy riff, niemożliwie wręcz bujający. Wbrew moim bezpodstawnym obawom, takich motywów jest na „Caught Up…” całkiem sporo. Brzmiących, jak bardziej naćpana wersja Crowbar. Zapyta ktoś: skoro to takie dobre, dlaczego występuje w, mimo wszystko, dość śladowych ilościach? Ano, na tym właśnie polega cały urok opisywanego zespołu. Idealne małżeństwo niekontrolowanego, budzącego dyskomfort hałasu i stricte amerykańskiego groove’u.

A jak mają się sprawy z naszym sympatycznym Filipem? Nienajgorzej. Wiadomo, cudów nie ma, czasy Pantery nie wrócą i jegomość nie zacznie znów wyciągać jakichś niebotycznych falsetów. Natomiast z tego, co mu w zanadrzu pozostało, korzysta w tym przypadku umiejętnie. I chociaż przeważa szorstki ryk, do jakiego nas ostatnimi czasy przyzwyczaił, zdarza mu się czasem uderzyć w nieco bardziej nieoczywistą nutę, pojawiają się też rozsiane gdzieniegdzie w tle monologi, które stanowią dodatkowy smaczek całego dzieła. Oczywiście, można narzekać, że to już nie ta energia, która cechowała dokonania grupy z początku wieku. Że produkcja nie ta, wszystko takie jakby bardziej „przymulone”, brak tego nieokrzesania i młodzieńczej fantazji. We wszystkich tych stwierdzeniach kryje się przynajmniej ziarnko prawdy. Czas, stety lub niestety, nie stoi w miejscu, jednak w obecnych realiach naprawdę ciężko byłoby od zespołu oczekiwać czegoś więcej. To bardzo dobry album. Zmiany są konsekwencją naturalnej ewolucji zespołu, a istotnym jest, że przy całej ich znaczności, wciąż brzmi to jak „prawdziwy” Superjoint. Legenda kapeli nie została naruszona, co więcej – dopisano do niej kolejny rozdział. Może nie tak błyskotliwy, jak poprzednicy, ale na pewno nie wypadający przy nich jak ubogi kuzyn. To pełnoprawny członek rodziny, z którym nie wstyd przypalić skręta.

Adam Gościniak

Cztery i pół