SUPERHALO – Czerwona (Vintage Records)

Superhalo to tajemniczy zespół z Porażyna, który z premedytacją gmatwa własną historię, przedstawiając zainteresowanym dość ciekawe kulisy, hmmm, odnalezienia własnych nagrań. Pomijając żartobliwie pozytywny PR, dostajemy do rąk 39 minut muzyki totalnie psychodeliczno – rockowej, którą osobiście – z mniejszymi lub większymi oporami – traktuję jak jedną ze stron złotego medalu przyznanego za wybitne osiągnięcia w popularyzowaniu gitarowej sztuki. Druga strona tegoż medalu zwie się G.Wolf…

Nieprzypadkowo przywołuję tu nazwę zespołu, którego „Magnetic Dog” w kwietniu zdemolował moje uszy. Nie dość, że obie płyty zostały w tym samym miejscu zarejestrowane (Vintage Studio), to jeszcze w podobny sposób ruszają – od surowych, zapętlonych bębnów. Inna sprawa, że gitarzysta Superhalo, Paweł sAIMOn Galus, współtworzył niegdyś zespół kOŚCI, razem z… Wojtkiem Garwolińskim. O kulisach zakończenia tego składu była już mowa w wywiadzie z szefem G.Wolf, my zaś skupiamy się na tym, co tu i teraz. Czyli na płycie „Czerwona”, zawierającej ciekawe, na pewno bardziej piosenkowe, choć równie „rozjechane” granie.

„Czerwona” to też kolejny dowód na to, że polski rock dawno pozbył się piętna kwadratowego, sztywnego spojrzenia na aranżacje i sposób grania. Jasne, że kierunki, w jakich podąża taka muzyka są niezliczone a Superhalo to tylko jeden z nich, jednak podkreślić należy, że jest to obecnie chyba najciekawszy nurt gitarowego hałasowania. Od razu trzeba też wyjaśnić, że chodzi o „stare” rzępolenie, pamiętające breakout’owe wycieczki, hendrixowskie psychodelie, lata 60 – te, za nic mające sztywny, zwrotkowo – refrenowy kanon. Do tego dołóżmy fascynację jedynie słusznym, analogowym brzmieniem i jesteśmy w domu.

Jedenaście piosenek składających się na album to przelot po krainie luźnego, rockowego wygaru, który miejscami nie może się zdecydować, czy chce być przebojowy, czy raczej mroczno – odjechany. „Czerwona” wskrzesza muzykę, jaką swego czasu próbował zaszczepić na naszej ziemi nieodżałowany zespół Homosapiens. Czasami udaje improwizacje (choć ponoć takowego luzu tu nie ma…), to znowu składa się w zgrabne i chwytliwe utwory. Gdyby Hendrix chciał grać piosenki, brzmiałoby to właśnie tak. Odniesienia do G.Wolf są wyraźnie słyszalne („Trzy dni w podróży”, „Ptak, anioł i drzwi”), jest klimat Breakuot w „Lawarana”, dużo starego rzępolenia, wpadającego w pyszne, psychodeliczne igraszki (rewelacyjny  „Ostatni”). Rękę autora „Purple Haze” słychać za to w „Mamoney”, „Dukany” i kawałku tytułowym, gdzie gitarowe partie znowu skłaniają mnie do stwierdzenia, że najwyższy czas zrzucić z piedestału starych, krajowych dziadów, ciągle utożsamianych z gitarową maestrią i postawić tam sAIMOn’a. Jedynym miejscem, które trąci troszkę pastiszem (nie wiem, czy dobrze odbieram intencje zespołu…) jest kawałek „Charleston” – prawdziwie kwadratowy, polski rock. Być może pewnym wyjaśnieniem jest tu tekst, z piękną frazą „chujnia w radiu”… Za to absolutnie nie zgadzam się z przeczytaną gdzieś opinią, że najsłabsza na płycie jest „Mgła” – osobiście uważam ten niesamowicie melodyjny numer za  jeden z lepszych utworów Superhalo.

Jestem usatysfakcjonowany. Miałem dostać żywego rocka, dobry koncept i surowe, analogowe brzmienie. I dostałem. Kupuję płytę w całości, choć ze świadomością, że nie chodzi tu o jakieś udziwnienia, odkrywanie nowych lądów czy instrumentalne popisy. Ta muzyka jest po prostu prawdziwa, w taki staropolski sposób solidna i dorosła. To muzyka, której nie da się traktować z przymrużeniem oka. A że zawsze takie do dźwięków podejście miałem, zatem wszystko trybi idealnie. Jeśli polubiliście „Magnetic Dog”, koniecznie zapoznajcie się z „Czerwoną”…

Arek Lerch

Pięć