SUPERHALO – Bang!Bang (Vintage Records)

Ładnych parę lat temu narzekałem, że tzw. „rock”, szczególnie bez powiązań „scenicznych”, gnieździ się szarej strefie i nie wiadomo do końca jak promować zespoły. Dzisiaj obserwuję sytuację zgoła odwrotną – rockowych bandów jest zatrzęsienie, radzą sobie coraz lepiej, mają pomysły a sukces jest związany właśnie z całkowitym oderwaniem od tzw. powiązań. Co cieszy, choć zacząłem odczuwać przesyt, bo często ilość nie przechodzi w jakość a maniakalne przywiązanie do klasyków hard rocka czy stonera niepokojąco unifikuje część grup. Całe szczęście, że istnieją takie zespoły jak Superhalo, który drugą płytą udowadnia, że w pozornie wyeksploatowanej formule wciąż można stworzyć coś porywającego.

Rozwój to słowo, które może być traktowane dość dwuznacznie; często stosuje się je niczym wytrych, by uniknąć bezpośrednich ocen czy wręcz z braku opinii na temat danego dzieła. W przypadku drugiej płyty Superhalo samo ciśnie się na usta i to wcale nie z braku wniosków, ale z powodu dużego kroku jaki zrobiła ta ekipa. Choć bez drastycznych zmian się nie obyło. Zespół ma nowego wokalistę, pojawił się też nowy gitarzysta, skoro jednak nie brał udziału w sesji, skupiamy się na krzykaczu. Krzysztof „Kidd” Adamski wywiązał się ze swojego zadania idealnie, bo wchodząc w rock’n’rollową załogę pozostał sobą i nie próbuje udawać „ąę rakenrolowca”. Po prostu – świetnie śpiewa, kierując muzykę Superhalo w stronę piosenki. Nie próżnowała też reszta załogi – wnioski z Czerwonej wyciągnięto, brzmienie doszlifowano (bardziej w stronę przyjemnej sterylności) a przede wszystkim postawiono na wyrazistą riffownię i uproszczenie aranżacji. Wynik – świetna, udana rockowa płyta. Superhalo zawsze był kojarzony ze stonerem, ale to już chyba taka tendencja, że po latach, kiedy każdy szanujący się zespół chciał brzmieć jak Kyuss czy Queens…, aktualnie unika się jak ognia takich porównań. Choć na „Bang!Bang” bez problemu wyłuskamy cytaty, bo przecież „Soma” czy „Droga donikąd” trącą ekipą Homme’a na kilometr. Trudno mówić w tym przypadku o zrzynaniu, to tylko klimat, pewna, charakterystyczna motoryka, ale trzeba przyznać, że na „B!B” Superhalo zyskało własną tożsamość, przy okazji nagrywając album zróżnicowany i miejscami błyskotliwy. Bo jak przejść obojętnie obok Danger! Poison, gdzie muzyka zespołu nabiera powierza, podobnie jest w „Catching Tides”; tu psychodelia miesza się z piaskiem a nawet lekko progresywnym prowadzeniem instrumentów. Ogólnie mam wrażenie, że Superhalo najciekawiej wypada w tych bardziej przestrzennych, spokojniejszych i ciut wyhamowanych numerach.  superhalo

Kolejna konkluzja jest taka – grupa bardzo pilnuje, by zbytnio nie „umetalowić” brzmienia, za co im chwała, bo rock, z całym swoim zawadiackim luzem zdecydowanie źle znosi nadmiar ołowiu. O poszerzonych perspektywach świadczy też taki utwór jak „God Awaits Me Across the River”, który spokojnie wpisuje się we współczesną scenę indie rockową. Na nowej płycie dużo bardziej zaznacza się podświadoma miłość do Trójmiejskiej sceny alternatywnej („Wszystko inne gdzieś umknie”) i wyszukanych, choć formalnie prostych pomysłów. Skłonności do rockowych staroci? Oczywiście, w kawałku tytułowym, który spory kredyt zaciągnął w latach 70 – ten drive, sposób gry na instrumentach nie pozostawiają wątpliwości, że panowie szacunkiem darzą i Led Zeppelin i Hendrixa, co w sumie nie dziwi. Dziwić może za to np. „Zabierz mnie stąd”, brzmiący, jakby został skrdziony z szuflady Psychocukru. Balansując na granicach skojarzeń jest Superhalo przede wszystkim coraz bardziej świadomym swoich możliwości, współczesnym zespołem, który wie, że prochu już nie odkryje. Za to bierze laski dynamitu, wtykając je prosto w mózg. I czyni to w bardzo wyrachowany sposób – w tej ekipie nikt nie bawi się w wirtuoza – solistę, choć możliwości po temu mają. Zespół skupia się raczej nad osiągnięciem spójnego muzycznie przekazu, który spodoba się nie tylko rockowym purystom, właśnie przez uproszczenie formy i rezygnację z tzw. odjazdów. Jeśli trafiamy na luźniejsze fragmenty, to i tak są one niesamowicie zdyscyplinowane a cały, zbędny dźwiękowy tłucz został odessany.

Czy oczekiwałem czegoś więcej? W zasadzie nie. Spodziewałem się rozwoju i takowy dostałem. Chciałem rozrywki – też ją mam. W dodatku jest to rozrywka intelektualna najwyższej próby. W swojej klasie biją konkurencję aż miło. Warto by usłyszał o nich świat.

Arek Lerch

Zdjęcie: Igor Drozdowski

Pięć i pół