SUPERCHRIST – Holy Shit (Hells Headbangers)

Podróży w czasie ciąg dalszy. Tym razem za sprawą niezawodnej Hells Headbangers przenosimy się aż do czasów nowej fali brytyjskiego heavy metalu. Trochę się boję, że ta retro-tendencja doprowadzi kiedyś do tego, że za okładkami, na których czarne kozły szczerzą zęby, kryć się będą współczesne inkarnacje Chucka Berry czy Jerry Lee Lewisa. Zresztą kto wie, może byłoby to fajne? W przypadku Superchrist wehikuł czasu nie zapędza się aż tak daleko, ale dystans jest i tak wystarczający by przypomnieć sobie kolejki po papier toaletowy i pieluchy z tetry wystające z naszych własnych majtek.

Z marketingowego punktu widzenia nazwa Superchrystus wydaje się jak najbardziej trafiona, nawet jeśli w większym stopniu kojarzy mi się z graniem pokroju Monster Magnet niż z tradycyjnym heavy. W każdym razie w naszym pięknym kraju mogłaby zapewnić zespołowi rozgłos, gdyby tylko na celownik wzięły ją kółka różańcowe składające się z konserwatywnych celebrytów. Pozycja dyżurnego skandalisty jest jednak chwilowo okupowana przez kogoś innego, więc muzycy Superchrist na wielki odzew w Polsce liczyć nie mogą, o ile nie nagrają jakiegoś kawałka opiewającego jeden z barwnych epizodów z naszej historii. To jednak raczej im nie grozi, bo muzyka ta nakierowana jest przede wszystkim na zabawę. Oczywiście taką w starym, metalowym stylu. Wałęsamy się więc z Superchrist po okolicznych cmentarzach, popijając piwo i odtwarzając z mocno już zajechanej taśmy pierwsze nagrania Iron Maiden, Motörhead i Tank, problemy współczesnego świata zostawiając innym. Dobrze się tej płyty słucha i nie wiedząc, że jest to rzecz wydana w 2012 roku można by uwierzyć, że to jakiś zaginiony album z czasów świetności takiego grania. Zupełnie jak w przypadku powiązanego personalnie z Superchrist, znakomitego High Spirits.

Mamy więc kolejną płytę, która cofa nas do czasów, kiedy fani metalu woleli pić tanie wina niż pozować na inteligentów analizując teksty Deathspell Omega, a grzywki i białe adidasy nie były jeszcze synonimem obciachu. Ten archaiczny sznyt nie jest tu jednak gwoździem do trumny, a raczej zachętą do ponownego zapuszczenia wąsów i wygrzebania z szafy zakurzonego albumu ze starymi zdjęciami. Albo po prostu wyciągnięcia z lodówki zimnego piwa i przywołania kilku fajnych wspomnień. Nie można przecież każdego dnia spędzać w objęciach for internetowych i Facebooka, prawda?

 

Michał Spryszak