SUNNATA – Zorya

Podobno nie należy oceniać książki po okładce, ludzi po wyglądzie, a w ogóle to nie szata zdobi człowieka. Prawda jest jednak taka, że – wbrew tym całkiem zgrabnym powiedzonkom – zmysł wzroku wcale taki omylny nie jest i generalnie pozwala nam uniknąć wielu przykrych doświadczeń. Gdyby kierować się tym, co na podstawie wyglądu zewnętrznego podpowiada nam mózg, pewnie nikt nie przesłuchałby najnowszego albumu Danzig, a większość fanów Black Sabbath ominęłaby wątpliwa przyjemność obcowania z „Born Again”. Do czego zmierzam – okładka mówi zazwyczaj więcej o zawartości danego krążka, niż recenzje i ilość sprzedanych egzemplarzy. Podobnie jest w przypadku drugiego albumu warszawskiej Sunnaty.

Okładka świetnie oddaje atmosferę tej płyty. Jest ponuro i ciężko. Ktoś niedawno stwierdził, że słychać tu sporo Tool – spostrzeżenie całkiem trafnie, tyle, że kiedy Tool odlatuje wysoko w kosmos, Sunnata raczej tapla się w smole. Chciałem napisać, że gra bardziej łopatologicznie, ale chyba jednak nie – bo to nie jest prosta, oczywista muzyka. Bardziej podoba mi się piłkarskie porównanie – Tool jest jak Barcelona: finezyjny, ekwilibrystyczny, nieco efekciarski, a Sunnata to madryckie Atlético – do bólu skuteczne, wyrachowane, a jednak z nutką szaleństwa. No, ale uciekając od tej futbolowej metaforyki – to nie Tool jest tutaj motywem przewodnim. W ogóle brak jakichś oczywistych odniesień. Jasne, sporo tu Electric Wizard, jeszcze więcej Neurosis, a wokalista z flanelową koszulą nie rozstaje się chyba nawet podczas snu, ale wszystkie te inspiracje są rozmyte i przekute na coś własnego. Trudno w dzisiejszych czasach o muzyczną rewolucję, zupełne odcięcie się od korzeni – chodzi raczej o to, aby z tego, co już znamy, stworzyć kolaż; nałożyć na siebie kilka różnych elementów i cieszyć ucho efektem. To trochę jak dziecięca zabawa kolorami, tyle że w przypadku muzyki bawimy się czymś, czego gołym okiem zobaczyć się nie da. Bo muzyka to zabawa. Przede wszystkim.Sunnata band

„Zorya” nie jest kontynuacją Climbing The Collosus. Nie ma tu takiego groove’u, agresji, strzału w pysk; „Zorya” jest znacznie cięższa i bardziej mroczna, a przy tym mniej sludge’owa. Słowo-klucz to trans. Wszystkie motywy rozwijają się powoli, w ślimaczym niemal tempie, co tylko potęguje narkotyczny klimat krążka. Á propos narkotyków – ciekawą rolę pełni tutaj wokal. Gdyby go nie było, nikt by nie miał pretensji – muzyka świetnie sprawdziłaby się w wersji instrumentalnej. A jednak jest i udało się go świetnie wkomponować – jest melodyczny, ale bez przesady, a Staley’owa maniera podkreśla ciężar gitar.

„Zorya” to kolejny, mocny punkt na stale rozrastającej się scenie, której nazywać nie będę, bo nazwać jej, sensownie, nie sposób. Około – psychodeliczna, psychodeliczno – doomowa, stonerowo-sludge’owa – jeden pies, wiadomo o co chodzi. Mieliśmy już w tym roku kapitalne krążki Red Scalp czy Spaceslug, świetną ep-kę Prądu, a w ciągu najbliższych kilku miesięcy ukaże się pewnie jeszcze kilka ciekawych płyt. Czy którakolwiek przebije wymienione wyżej pozycje? Odpowiem, niemalże po sokratejsku – nie wiem. Poprzeczka zawieszona jest wysoko.

Paweł Drabarek

Zdjęcie: Rasaa Etten

Cztery i pół