SUICIDE SILENCE – Ending Is The Beginning: The Mitch Lucker Memorial Show (Nuclear Blast)

Zapis koncertu ku pamięci Mitcha Lukera doskonale odzwierciedla fenomen flagowego dla deathcore’a zespołu, ale przede wszystkim, mini kult jakim otoczono zmarłego w zeszłym roku wokalistę. Ten trwający niemal 90 minut koncert, dla fanów Suicide Silence stanie się jednym wielkim „co by było gdyby”, gdyż co najmniej połowa z zaproszonych gości mogłaby objąć po nim stanowisko (a jak wiemy, padło na Eddiego Hermidę z All Shall Perish). W odniesieniu do samej muzyki można tego zespołu nie lubić, jest zresztą za co, ale wokalnie obok Phila Bozemana, który również drze paszczę w czasie tego koncertu, Luker był, brzydko mówiąc, nie do „podjebania”. Unikalne gardło nie tylko w deathcorze, ale również w death metalu.

Zapis dwudziestu czterech utworów obejmuje cały okres działalności zespołu. Co więcej, czego raczej nie usłyszymy na dysku audio, gitary i bębny obsługują także byli członkowie Suicide Silence. Zwróćcie uwagę na osobę kryjącego się za dziwną maską perkusisty. Na moje ucho chłop na znacznie mniejszym sprzęcie gra zdecydowanie bardziej technicznie niż Lopez. Nie wiem, czy gość aktualnie gra w jakimś zespole, ale sposób w jaki akcentuje euroblasty zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Niestety, Josh Goddard szybko opuszcza swoje stanowisko, a wraz z nim skaczemy w przód w dyskografii zespołu.

I tutaj im dalej w las tym muzycznie bardziej prymitywnie. Ja wiem, że ten zespół w pewnym momencie dokonał dość poważnego przewrotu w tym gatunku, choćby dzięki grindcore’owym wpływom i ciekawym rozwiązaniom rytmicznym, ale patent breakdown/blastbeat/breakdown w 2014 roku nie robi już na nikim wrażenia. Gdyby ten koncert zobaczył ktoś, kto wcześniej z Suicide Silence nie miał żadnego kontaktu, prawdopodobnie uznałby ich za numer jeden w skali absolutnej, gatunkowej wtórności bez polotu i pomysłu. Co zatem stoi za ogólnoświatowym sukcesem zespołu? Cóż, wielki nieobecny, który zmarł z własnej głupoty w wypadku na motorze. Słychać jednak, że przynajmniej kilku kolesi, z naciskiem na pana z Of Mice and Men, spokojnie mogłoby go zastąpić. Nie wiadomo tylko, czy wchodząc w jego buty nie spoczęłaby by na nich presja z jaką do tej pory nie mieli jeszcze do czynienia. Wspominałem, że Mitcha oficjalnie zastąpił Eddie Hermida. Z całego tego zestawu gości ten wybór jest najmniej oczywisty. Kiedy jeszcze Carnifex był w rozsypce, obstawiałem Scotta Lewisa albo będącego jednym z highlightów tego koncertu – Ricky’ego Hoovera, ex-wokalistę Suffokate. Co przyniesie obecność Hermidy – tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że zespół będzie kontynuował (dochodową) karierę.

Nikt im tego nie zabroni.

Grzegorz „Chain” Pindor