SUFFOCATION – Pinnacle of Bedlam (Nuclear Blast)

Siódmy długograj nowojorskich brutalizatorów to pierwszy materiał zarejestrowany z Davem Culrossem za bębnami od 1998 roku, czyli morderczej epki „Despise the Sun”, ostatniego wydawnictwa przed kilkuletnim zawieszeniem działalności. Po powrocie kapela uderzyła bardzo solidnymi płytami „Souls to Deny” w 2004 oraz „Suffocation” dwa lata później. Kolejna „Blood Oath” jest za to jednym ze słabszych albumów w dyskografii zespołu, a najnowszy krążek „Pinnacle of Bedlam” jest, niestety, niewiele lepszy.

Żaden z dziesięciu kawałków, które składają się na „Pinnacle of Bedlam”, nie znalazłby się wśród piętnastu, a nawet dwudziestu najlepszych kompozycji całego dorobku Suffocation. Wygląda na to, że kapela czuje wenę twórczą, ma potrzebę nagrywać kolejne płyty, ale swój okres świetności ma dawno za sobą. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Takie albumy jak debiut „Effigy of the Forgotten” czy „Pierced from Within” zapisały się na kartach historii death metalu złotymi literami i nic nigdy tego nie zmieni. Ci faceci już nic nie muszą. Zdaje się, że Mike Smith wiedział co robił odchodząc z kapeli.

„Pinnacle of Bedlam” brakuje przygniatającej produkcji i ledwie znośnego ciężaru, do których przyzwyczaiły najmocniejsze nagrania Suffocation. Nowe numery brzmią klarownie i czysto, co wcześniej nie należało do zalet i znaków firmowych kapeli. Nie ma co szukać łamiących kości zwolnień oraz trepanujących czaszkę zmian temp. Brak jest charakterystycznego brudu i kafarów wbijających w podłogę. W zamian zespół serwuje klasycznie brzmiące solówki i wtórne riffy, które wpadają jednym uchem, a wylatują drugim. Po czterech, pięciu przesłuchaniach najbardziej w pamięć zapada słodka, akustyczna introdukcja do „Sullen Days”. Tak być nie może!

To nie jest album beznadziejny, ale w przypadku tego zespołu trudno nie oczekiwać czegoś więcej. Fan wczesnego Suffocation będzie niepocieszony, gdy przyjdzie mu obcować z tym materiałem. Jeśli zaś ktoś w „Blood Oath” widzi swojego faworyta, najnowsza płyta będzie dla niego jak ambrozja. Ja przechodzę na dietę.

Adam Drzewucki  

Dwa i pół