SUBROSA – For This We Fought the Battle of Ages (Profound Lore)

Subrosa nie jest na scenie żółtodziobem. Wręcz przeciwnie, zespół działa od przeszło dekady. Prawdą jest jednak, że dopiero ostatni album grupy – „More Constant Than the Gods” – przyniósł jej większą popularność. Recenzenci i fani gremialnie zachwycili się niezwykłością Amerykanów, bo akurat to jedno trzeba im przyznać: zbytnio kliszowi to oni nie są. Jednak… powiedzieć o ich nowym wydawnictwie, że nie przynosi rewolucji, to nie powiedzieć nic.

Eksperymentalny sludge? Cóż to w ogóle za określenie?! Tym bardziej nieadekwatne, że cięższe momenty, których w muzyce Subrosy całkiem sporo, bardziej kojarzą się z mocarnym doom niż dźwiękami spod znaku Eyehategod. Pojęcie „eksperymentalny” jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bowiem idea ożenienia naprawdę potężnych riffów z brzmieniem dwojga skrzypiec (ba, nawet jedne byłyby czymś interesującym) jest z całą pewnością nowatorska. Natomiast skąd ten nieszczęsny sludge? Nie mam pojęcia. To pewnie syndrom całkowitego zdezorientowania i braku pomysłu na zaklasyfikowanie twórczości danego zespołu.

Subrosa eksperymentuje nie tylko z brzmieniem, ale także z cierpliwością odbiorcy. Bo kto ma dziś czas i ochotę na słuchanie kilkunastominutowych utworów? Tymczasem na „For This We Fought the Battle of Ages” znajdziemy niemal wyłącznie takie. Na pewno podobna, rozrośnięta do monstrualnych rozmiarów forma pozwala tworzyć z poszczególnych numerów małe, odrębne historie, każdą rozwijającą się swoim tempem, pulsującą swoim rytmem. Z drugiej strony, ta sama forma wymaga od słuchacza sporego skupienia i uwagi. Zespół z uwielbieniem oddaje się zabawie w kontrasty (typowe głośno-cicho-głośno, ewentualnie na odwrót). Nie oznacza to co prawda, że przez paręnaście minut mielone są naprzemiennie dwa tematy: jeden spokojny, a drugi ciężki. Nie, przez każdy utwór przewija się spora liczba motywów, nie zmienia to jednak faktu, że każda opowieść opiera się na określonych punktach wyjścia, do których co i rusz zespół powraca. I co tu dużo ukrywać – w pewnym momencie ta huśtawka nastrojów fundowana przez muzyków przestaje zaskakiwać, zaczyna natomiast nieco nużyć.SR

W tym, co robią, są naprawdę dobrzy i autentyczni. Dźwięki skrzypiec świetnie dopełniają monumentalne riffy. Czasem odzywają się melodyjnie, dodając całości sporo uroku i kierując zespół na niemal folkowe terytoria. Zazwyczaj jednak balansują na granicy kakofonii, gubią tropy i nadają brzmieniu Subrosy noise’owego charakteru. Na dłuższą metę kontakt z taką soniczną potęgą nie jest niczym przyjemnym. Zrozumiałe więc, że każdy spokojniejszy fragment przyjmowany jest z westchnieniem ulgi. Zatem… teoretycznie, wszystko jest na swoim miejscu. Takie operowanie przeciwnościami powoduje, że muzyka kwintetu naprawdę sugestywnie wpływa na wyobraźnię odbiorcy. Jest tylko jedno „ale”. We wszystkim trzeba znać umiar, a tutaj jego obecności nie odnotowano… Dlatego też po przebrnięciu przez trzy pierwsze utwory-kolosy, trwające w sumie niemal 3 kwadranse, z ulgą powitałem nieskomplikowany, akustyczny przerywnik w postaci „Il Cappio”. Swego rodzaju odejściem od uprzykrzonego schematu jest także „Killing Rapture”, rozmarzony, transowy utwór, pokazujący, że ta pani jednak umie ładnie śpiewać…

Pisałem, że wielkiej zmiany ten album nie przynosi. Amerykanie postawili na dokładnie te same elementy, które przyniosły sukces „More Constant Than the Gods”. I o ile nieliczne wady wspomnianej płyty zostały całkowicie przykryte przez zachwyty nad innowacyjnością brzmienia zespołu, tak tym razem kwintet z Salt Lake City nie mógł liczyć na taryfę ulgową. Chciałbym widzieć rozwój, krok w przód, tymczasem Subrosa wykreowała bardzo rozpoznawalny styl i trzyma się go, jak rzep psiego ogona. To grupa jedyna w swoim rodzaju, brzmiąca jak żadna inna. Jednak wynikający z tych faktów, niezaprzeczalny potencjał trochę marnuje przez zamykanie się w wymyślonej przez siebie formule.

Adam Gościniak

Trzy i pół