STURMOVIK – Destination Nowhere (Selfmadegod)

Recenzowanie albumów d-beatowych to zajęcie przeważnie niewdzięczne, nawet jeśli opisywana płyta jest – jak „Destination Nowhere” – dobra i przyjemna w odbiorze. Specyfika gatunku jest jednak taka, że mniej oczywisty jest nawet polski eurodance z lat 90. I jak tu ugryźć tego Sturmovika? Scandi-crust z 2015 i Polski wschodniej? Serio? Jasne, ruszam w tango.

Sprawa jest prosta: 2/3 zespołu The Dead Goats dokooptowało trzech gitarników, aby pograć crustpunk na Discharge’ową nutę. „Destination Nowhere” realizuje brzmieniowo-muzyczny ideał współczesnego d-beatu „pod nóżkę”, uciekając na południe od wizji ostatecznej krwawej łaźni, która czai się tuż za rogiem. Jest szybko, z przepisową polką-galopką, ale też melodyjnie i rock’n’rollowo, czyli operując konkretami – klimaty późnego Disfear, Wolfbrigade, Genocide Superstars, Fredag den 13:e, itp. Jeśli dodam, że poziom kompozycji i „wyczucia tematu” nie w zasadzie nie odbiega od kolegów ze Skandynawii, to praktycznie mamy pełną jasność dla kogo jest ta muzyka. Bo przecież nie dla wszystkich – kto woli His Hero Is Gone od Tragedy, ten raczej się nie wzruszy, ale sympatycy d-beatu, którzy dość mają z metra ciętych bandcampowych amatorszczyzn będą ukontentowani. Mógłbym ewentualnie jęknąć, że „szkoda że nie śpiewają po polsku” i wytknąć to samo, na co kolega Lerch narzekał recenzując debiut The Dead Goats, czyli relatywnie długie numery jak na konwencję, która woła o krótkie lewe proste. Ale to detale, które nie bolą przy słuchaniu tego bardzo udanego, bezpretensjonalnego albumu. Sturmvoik

„Po co ci tyle płyt?”, pytają ludzie patrząc na piętrzące się u mnie w mieszkaniu półki wypchane plastikiem i polichlorkiem winylu. Prawdę mówiąc nie wiem, stąd kierunek rozwoju idzie raczej ku uszczuplaniu niż rozrostowi tzw. kolekcji. Siląc się jednak na akrobatyczny obiektywizm mógłbym np. oskrobać zbiory płytowe według kryterium pionierstwa, nowatorstwa i zostawić sobie tylko żelazny kanon klasyki. Z całego d-beatu zostałaby mi wówczas jedna płyta, i nie byłby to „Destination Nowhere”, ale to zupełnie nieważne, bo takie albumy na mojej półce nie pokrywają się kurzem. I to one przetrwają coroczną lustrację zasobów. Świat bez takich zespołów jak Sturmovik nie utknąłby pewnie w epoce kamienia łupanego, ale byłby z pewnością miejscem smutniejszym, nie tylko dla członków kapeli.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół