STREAM OF PASSION – A War At Our Own (PIAS/Rough Trade)

Na swoim czwartym albumie symfoniczno-progresywny Stream of Passion, w myśl skojarzenia radosne-ładne smutne-piękne, udowadnia, że smutek szlachetniejszy niźli radość. W przypadku „A War At Our Own” w całym tym smutku chodzi zapewne o jakąś kolejną rozdartą sosnę czy brzozę, walkę o wolność, pokój i niekodowaną telewizję, czyli w kilku słowach: nie jest różowo i powie to Wam taka jedna z Meksyku. Sęk w tym, że choć ciągle smutna, nie zawsze bywa piękna.

Muzyka Holendrów to pole minowe, po którym porusza się urodzona w Meksyku Marcela Bovio – 34 letnia niewiasta, znana komuś tam ze śpiewania w Elfon i Aeyron. Podczas gdy akompaniujący jej panowie prezentują średnią europejską w wyciskaniu ze swych instrumentów power metalowych wrzutek, wokalistka nie może zdecydować się, czy przejść przez owe pole w jednym trykocie czy też zdetonować się wraz z drużyną. Jej naturalnie eksponowana emocjonalność – teoretycznie atut latynoski, w praktyce ją gubi. Gdy próbuje być bardziej wyważona, oszczędniejsza w słowach, przypomina uczennicę, która nie potrafi opanować swoich hormonów i języka angielskiego. Gdy wybucha autentycznym żalem i tęsknotą, kończy pustym zawodzeniem, gubiąc gdzieś interesującą melodię. Widocznie w Meksyku nie słyszeli piosenki „Too Much Love Will Kill You”.Stream Band

Sytuacja zmienia się, gdy przychodzi do śpiewania repertuaru nieco lżejszego, osadzonego w muzyce latynoskiej, gdzie do głosu dochodzą instrumenty smyczkowe i fortepian. Tu Marcela przestaje wreszcie imitować na zmianę Anneke van Gierbergen i Alyssę White-Gluz, mogąc z ulgą podpatrywać warsztat Thalii. Głos staje się nagle lepiej osadzony w barwie, bardziej stabilny, pewniejszy siebie (być może za sprawą śpiewania w ojczystym języku wokalistki). Nagle emocjonalność uzyskuje optymalną temperaturę, która bezbłędnie prowadzi Marcelę do kolejnej inkarnacji „Besame Mucho” (wstęp do „Delirio”) i interesującego obumierania metalowego zespołu. Akustyczny, wyczekujący „For You”, czy latynizujący „Exile” pokazują niemały potencjał zespołu, który potrzebuje opiekuna, mentora i w końcu chirurga, by wyciąć z muzyki to co nierówne, niepotrzebne. Obawiam się jednak, że ekstrakcja mogłaby być dla niego zabójcza – pozostawiłaby zapewne sam korpus o aparycji Natalii Oreiro, kiwający się w rytm meksykańskiego son, a w wersji jedynie słusznej coś na wzór okropnego Insomnium.

W oczekiwaniu na zabieg nie pozostaje mi nic innego, jak zgodnie z intencjami zespołu bardziej „pięknić się”, niż radować ich nową propozycją. To chyba dlatego jest mi smutno.

Kuba Kolan

Cztery