STINKING LIZAVETA – 7th Direction (Exile on Mainstream Records)

Instrumentalne trio z Filadelfii. Coś ostatnio dużo tych „niemych” zespołów. Brak wokalistów, czy co?! Stinking rzeźbią swoje pokrzywione dźwięki już od 96 roku a najnowsze dzieło to siódma płyta w ich dorobku. Dla każdego maniaka pokręconej muzy rzecz godna uwagi. Chociażby z tego powodu, że w dzisiejszych, na wskroś „profesjonalnych” czasach trudno znaleźć grajków, którzy grają tak jak wyglądają. A może na odwrót?

Pierwsze skojarzenie wiążące się z tym zespołem, to „Primus”. Nie dlatego, że mają jakieś wspólne cechy muzyczne, bardziej chodzi o anty – wizerunek. Dziwaczne fryzury, gesty, twarze debili, stroje z innej epoki i nietypowy, pionowy bas (kontrabas?) sprzyjają takiemu wrażeniu. Do tego dochodzi oczywiście muzyka, która podobnie jak dokonania ekipy Lesa, jest trudna do zaszufladkowania.

Zespół obraca się w ramach obszaru wytyczonego przez blues, rock i jazz. W tych gatunkach porusza się jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, tłukąc wszystko, mieszając ze sobą tak, żeby nic nie było oczywiste. Jasne, w niektórych miejscach skłania się mocno w stronę konkretu (bardzo klasyczny blues „Burning Sea Turtles”), jednak w większości przypadków mamy do czynienia z rockowym szaleństwem, miejscami ocierającym się o tak popularny przed laty jazzcore. I w tym miejscu przychodzi mi do głowy inna nazwa – mianowicie Assassins Of God. Jeśli pamiętacie to amerykańskie trio, które kiedyś w niezależnym środowisku było całkiem popularne, musicie koniecznie spróbować kontaktu ze Stinking Lizaveta. Trudno wpływów Zabójców nie usłyszeć np. w „Moral Hazard” czy „American Dream” – ten nerwowy puls, brzmienie gitary i poszarpany aranż; mam wrażenie, że zaraz usłyszę głos Kena Kearneya…

Yanni Papadopoulos porusza się także w podobnych rejonach interpretacyjnych jeśli chodzi o grę na gitarze – jego pomysły są dość pokręcone, pełno w nich prawie – improwizacji, dysonansów i kapryśnej, chorej zabawy z efektami (szczególnie kłania się ”The Space Between Us”) czy nawet odniesień do kanonów muzyki klasycznej. Całości dopełnia surowa, bardzo bezpośrednia realizacja płyty.

Stinking raczej świata nie zawojują (w sumie od 96 roku niczego specjalnego nie zdziałali…), jednak dla poszukiwaczy muzycznych wynaturzeń, grania, które zawsze stało z boku, jest to zespół ze wszech miar godny polecenia. Nie będę za bardzo agitował, bo nikt mi za to i tak nie zapłaci, wystarczy wspomnieć, że nasi bohaterowie, na których mocno odcisnęło się alternatywne myślenie spod znaku DIY, dzielili sceny z Fugazi, Rollins Band, Zeni Geva, CoC czy Today Is The Day. Czy to Wam nie wystarczy?

Arek Lerch