STILLBORN – Testimonio de Bautismo (Godz Ov War)

Mody mają to do siebie, że przychodzą, odchodzą i oczywiście w metalu ten temat także powraca co chwilę, ale moim zdaniem nikt już się tak naprawdę nie orientuje w tym czego aktualnie słuchać wypada a płyty jakich zespołów przynoszą wstyd gdy znajdą się na półce. Dlaczego poruszam kwestię mody w recenzji nowej płyty Stillborn? Otóż dlatego, że zespół ten właściwie od początku działalności grał muzykę, która trendom i modom nie tyle się wymykała co pluła w twarz. Jeśli miałbym wskazać na naszej scenie zespół, który ze swoich wzmacniaczy generuje 120% metal – byłby to właśnie Stillborn. Od początku siarczysty i pełen ognia, dziś powraca lekko odmieniony, ale nadal pełen pasji i witalności, której wielu dużo młodszym grajkom brakuje. „Testimonio de Bautismo” to album, który zrobi Wam krzywdę, więc już na starcie powiem dosadnie: jeśli ekstremalnym przeżyciem jest dla Ciebie, drogi Czytelniku, kontakt z ostatnimi albumami Vader czy Behemoth to zwyczajnie odpuść sobie kontakt z tą płytą. „Testimonio de Bautismo” to rzecz chamska, wulgarna i na wskroś metalowa. Tylko tyle i aż tyle.

Nowa produkcja z obozu Stillborn już w pierwszych taktach przykuwa uwagę słuchacza. Głównie ze względu na małą woltę w kwestii brzmienia. W porównaniu do poprzedniej (znakomitej!) płyty jest zdecydowanie bardziej dosadnie i bezpośrednie choć pomyśleć było można, że zwyczajnie, po ludzku bardziej już się nie da. Zmian jest więcej, że w tym miejscu wspomnę jeszcze o zmianie składu oraz tekstach odśpiewanych całkowicie w języku polskim. Jednak, mam takie wrażenie, że waga tych zmian jest w gruncie rzeczy dość miałka. Stillborn wraz z piątą, dużą płytą kontynuje po prostu dzieło zniszczenia, które rozpoczął prawie dwie dekady temu. Po prostu.

Soniczna rzeź to w obozie Stillborn coś zupełnie naturalnego, więc dziwić nikogo nie powinno, że po lekturze tegoż albumu zęby zostają na podłodze i to, że wrócą do macierzy jest płonną nadzieją. Przeklęte trio uważyło bowiem koktail wysokooktanowy, z którego zaraźliwe wkurwienie wylewa się wartkim strumieniem. Nie wiem jak wy, ale ja słuchając tej płyty miałem ochotę porwać w łapę młotek i… Wróćmy do muzyki co wydaje się być o wiele bezpieczniejsze. „Testimonio de Bautismo” to czysty metalowy spirytus, nie jakiś podrzędny bibmer a prawdziwy demon mocy. Szukanie na siłę tego czy album jest bardziej death czy black metalowy mija się z celem. Jeśli już musimy znaleźć szufladkę to powiedzmy sobie wprost – to najbardziej thrash’owa płyta Stillborn w historii.  Wyżej wspomianałem o ponadprzeciętnej bezpośredniej sile oddziaływania tego krążka; jest  to wynikiem właśnie bardzo thrash’owego, w tym najbardziej wkurwionym stylu, charakteru muzyki. Pierwszą z poszlak, która dowodzić może thrash’owej winy zespołu jest odegrany wściekle i kurewsko naturalnie cover Sodom, który gdyby nie był coverem, idealnie pasowałby do autorskiego materiału Stillborn.Stillborn

„Testimonio de Bautismo” to materiał ciekawy, ale nie jest to porcja muzyki, którą każdy bez problemu sobie przyswoi. Oczywiście, dziś modnie jest niezmiernie jarać się choćby najnowszym krążkiem Destroyer 666 lecz śmiem twierdzić, że to co na najnowszej płycie pokazał Stillborn, ta gargantuiczna dawka nienawiści i czystej złości dla sezonowych maniaków old schoolu będzie nie do przełknięcia. I dobrze. Metal w wykonaniu Stillborn to gatunek tyleż wtórny co płodny a ten album jest tylko tej tezy potwierdzeniem. Zespół zamiast przesadnie kombinować sięgnął do korzeni, zaprzedał duszę demonom lat 80. i nagrał najlepszą płytę w swojej karierze. A czy black to, tharsh czy death pozostawiam do dyskusji innym. Młotek w garść i idę w miasto…

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół