STEVE VON TILL – A Life Unto Itself (Neurot Rec.)

Są takie muzyki na świecie, które nie ujmują swoją złożonością czy melodyką. Imponują raczej autentycznością ich twórcy i to wiara w artystę, w szczerość jego intencji (jeśli coś takiego istnieje w muzycznym biznesie…) jest miernikiem sukcesu. Do takich muzyków, którym jestem w stanie uwierzyć, należy szef Neurosis, Steve Von Till, dzisiaj w swojej songwriterskiej odsłonie solowej.

Wszystko jasne. Niemłody brodacz, gitara i głos. Tylko tyle i to w formie bardzo minimalistycznej. Problem takiej muzyki polega na tym, że trzeba mieć coś do powiedzenia i w jakiś sposób hipnotyzować osobowością, czymś głębszym niż poprawne umiejętności instrumentalne. Nowa płyta Tilla’a jest przykładem idealnie skrojonej wypowiedzi artystycznej. Intymne spotkanie pełne emocji, spokoju i poezji. W skromnej oprawie słowa o zagubieniu, szukaniu własnego ja i kontekstu życia wcale nie brzmią śmiesznie. Nie sądzę też, by Steve jakoś specjalnie chciał kogoś nauczać, raczej zręcznie wymyka się z pułapki banalnego kaznodziejstwa. Snuje swoje rozważania człowieka doświadczonego życiowo, w szczytowych momentach nawiązując do akustycznych dokonań Michaela Giry. Jest w tym jakaś mądrość, pewność siebie, każąca traktować poetyckie frazy całkiem poważnie. Podoba mi się umiejętność wykorzystania swoich możliwości, bo przecież Steve nie jest jakimś tytanem wokalistyki, a jednak jego głęboki, spokojny głos idealnie komponuje się z prostymi piosenkami.svt-portrait-2015

Słychać tu oczywiście całe dobro akustycznej, folkowej Ameryki, jest trochę bluesa a przede wszystkim alternatywnej ballady. Zamiast skomplikowanych aranżacji, proste, lekko monumentalne (od razu słychać, z kim mamy do czynienia…) akordy, od czasu do czasu ilustrowane dodatkowo udziałem gości – gdzieś pojawi się smuga klawiatur, skrzypce czy bardzo oszczędnie użyte perkusjonalia, wszystko ułożone w taki sposób, by nie przeszkadzać głównemu bohaterowi. Z całości wyróżniają się min. krystaliczny „In Your Wings” czy mroczny, zbudowany z nieco innych, bardziej elektrycznych środków, mantrowy „Night of the Moon”. Najważniejszy jest tu twórca i ukierunkowanie na bezpośredni, organiczny kontakt ze słuchaczem. Spokój, celebracja dźwięku, gitara akustyczna i wewnętrzna równowaga. Tak mało i dużo jednocześnie. Bez zaskoczeń, ale z dużym szacunkiem. Na koniec warto wspomnieć o świetnej oprawie graficznej i książeczce wzbogaconej – na całe szczęście – o teksty wszystkich utworów. Bez oceny, bo trudno punktować coś tak osobistego.

Arek Lerch