STENCH – In Putrescence (Agonia Rec.)

Smród. Death metal śmierdzi. Czym? Zatęchłym odorem piwnic. Piwskiem rozlanym na podłodze, rzygowinami i rozkładem. Śmiercią. Bo to przecież śmierć metal. Na pewno za to nie śmierdzi triggerami, pieniądzem i dobrymi kosmetykami. Tak zaczął śmierdzieć dopiero w ostatnich latach. I wtedy przestał być metalem śmierci…

Stench to projekt muzyków znanych z Tribulation. Panowie stwierdzili, że najwyższy czas pokazać, jak się powinno grać metal śmierci. Czyli wymyślili coś, czego przed nimi próbowało z różnym skutkiem wiele zespołów – powrót do początków, do lat 90 – tych, by zagrać tak, jak gdyby zatrzymał się świat. I tym razem się udało. Stench to muzyka nowocześnie eksploatująca stare patenty. Na czym to polega? Przede wszystkim na braku udawania, że grać się nie umie. Muzycy Stench grają świetnie, nie udają koślawych blastów, przejść, riffów, potrafią zakręcić aranżacją, grać precyzyjnie i z dużą dynamiką. Powstała w ten sposób płyta, która cieszy, bawi i urywa dupę od samego początku. Szczególnie pierwsza połowa krążka to smaganie batem po bladych tyłkach metalowej gawiedzi. “Face Of Death” to punkowe resory, na których zapieprza szalony riff, świetnie zaaranżowany “The Blackeness” kosi precyzyjnie, zaskakujący jest za to “Breath Of The Rottenness”, bo po niemal rockowym, zwodniczym wstępie atakuje tak wściekle, że zapiera dech w piersiach. Druga część płyty wyraźnie stawia na wolniejsze patenty, zabijając raczej ciężarem – miarowy “Crimson Hills”, “Drenched In The Light”, który tchnie nostalgią i wyraźnym duchem Celtic Frost. Fajne prezentuje się też “The Fire”, gdzie zespół powraca do thrash’owych klimatów sprzed lat. Na koniec jedynie grupa przypomina sobie, by pożegnać maniaków w godny sposób, kopiąc w tyłki siarczystym, napiętym jak struna “The Ones Who Rot”.

Przyznam się bez bicia, że debiut Stench to autentyczna przyjemność dla każdego, metalowego ucha. Jeśli lubicie death metal starej daty, nienawidzicie niepotrzebnych popisów technicznych a smród rozpadających się ciał jest dla was wonią perfum, debiut Stench będzie miłym urozmaiceniem. Tym bardziej, że, jak już wspomniałem, muzyczny poziom nie ma nic wspólnego z małpowaniem nieudolnych popisów Darkthrone. Muzycy Stench nie udają, że od 1990 roku usiłowali oduczyć się grać, ale zaprzęgają raczej swoje umiejętności do death’owego wozu z właściwej strony, łącząc to, co w metalu śmierci dobre i treściwe, bez zbędnego pierdolenia o takich czy innych ideałach.

Arek Lerch 4,5