SPORT – Slow (Guerilla Aso)

Trafiają się czasami takie płyty, które przypominają starego kumpla, którego lubimy, ale niczym nas już nie zaskoczy. A jednocześnie nie wyobrażamy sobie bez niego życia. To nie tak, że nie widzę możliwości by przetrwać bez płyty Slow, słucham i w zasadzie nic się nie dzieje, ale jednocześnie jest w tej muzyce coś niezwykle przyjemnego, pociągająco starego, trudnego do znalezienia na płytach tzw. modnych wykonawców. To klimat, luz i beztroska. Indie rock bez zadęcia i pretensji do zbawiania świata. Jedną nogą tkwiący głęboko we wczesnych latach 90 a może jeszcze dalej, kto wie…

Sport to mało znana u nas załoga wywodząca się z francuskiego Lyonu. Jeśli miałbym użyć jednego słowa, które oddałoby istotę ich muzyki, brzmiałoby ono „bezpretensjonalność”. Dawno nie słyszałem płyty, która byłaby zagrana na takim luzie, bez przysłowiowego spinania dupy. Takie granie dla samego grania, ogniskowe, chciałoby się powiedzieć, choć byłoby to krzywdzące ze względu na jakość dźwięków zamkniętych na „Slow”. T-shirty, brak wydumanego wizerunku i jednocześnie dogłębna znajomość starej szkoły  gitarowego rzemiosła. I to jest element, który odróżnia Sport od innych kapel. Brzmią tak,  jakby ktoś przeniósł ich z roku 1993 roku do 2016. Prostota formalna wczesnego indie miesza się z brzmieniem charakterystycznym dla szkoły Dischordu. Gitarowy romantyzm ocierający się o klimat Seam czy subpopowego emo nałożony zostaje na solidną, miarową pracę sekcji rytmicznej. Faktycznie jest slow, ale raczej mentalnie, nie ma wypychania aranżacji niepotrzebnymi pomysłami, z uśmiechem, po prostu chce się słuchać. sport

Dominują proste, rockowe piosenki, które kiedyś nazwalibyśmy „koledżowym rockiem” – „Nod”, przestrzenny „Rébuffat” czy „Muscles”. Niczym się nie wyróżniają, ale sprawiają radość. Mistrzowsko wypada gitarowa przędza w „Word95”, gdzie w tle można znaleźć nawet bardzo delikatny posmak wczesnego The Cure. No i sztosy – „Full House” oraz „Trompe L’ennui”, które to numery można streścić w haśle Fugazi gra rocka! Zdecydowanie dwie najlepsze kompozycje z popisową grą gitarzystów Flo i Nico. Obrazu dopełniają ciążące w stronę post rocka „Leaves” (piosenka pełni na płycie rolę ballady) oraz mocno rozbudowany, instrumentalny finał o enigmatycznym tytule „…”. Krótka, zwarta i nieprzegadana płyta.

I potrzebna. Tak samo jak sport właśnie – może być klapą bezpieczeństwa, relaksuje i pozwala zachować zdrowie, tak fizyczne (nadaje się do skakania) jak i psychiczne (ładnie oczyszcza mózg). Polecam.

Arek Lerch

Pięć