SPLIT CRANIUM – Split Cranium (Hydra Head)

Czas chyba ostatecznie przeprosić się z Aaronem Turnerem, wszak konsekwentnie odkupuje swoje grzechy, o których pewnie nie ma pojęcia, bo co go tam obchodzi jakiś Bartek z Polski nerwowo trący uszy na wspomnienie „Wavering Radiant”. Naczelny męczydusza postmetalowej zarazy raz po raz zaskakuje in plus – nie tylko łaskaw był w samą porę rozgonić Isis, ale i szarpnął struny na znakomitych płytach Twilight, Greymachine czy House of Low Culture. Ten rok przynosi nieoczekiwaną kolaborację z trzema fińskimi freakami, która zaowocowała konkretną porcją mocnego, niegłupiego hardcorepunka.

Na pierwszy rzut oka Split Cranium wygląda na projekt ambitnego, zrealizowanego artysty, który wyciąga z niszy mniej znanych kolegów, żeby coś razem pograć i może nawet wydać jakąś płytę, której ktoś posłucha albo i nie. Oczywiste skojarzenie z Arson Anthem jest tu jak najbardziej na miejscu, bo podejście do materii gatunku jest tu tak samo nieoczywiste i pewnie tak samo trafi w próżnię… ale po kolei. Mimo, że materiał jest raczej szybki, a wokalista warczy jak w rasowej szwedzkiej kapeli deathmetalowej, Split Cranium nie ciśnie raczej na metalizowanie d-beatu, jak robią to, każdy na swój sposób, Disfear czy All Pigs Must Die. W tej muzyce znajdziecie po równo scandipunkowe bity, jak i riffy nawiązujące do starej szkoły amerykańskiego hardcore’a z okolic debiutu Black Flag, Youth of Today czy najmocniejszych fragmentów wczesnej twórczości Bad Brains. Z tego hałaśliwego kotła wyskakują jednak motywy cokolwiek nietypowe – „Blossoms from Boils”, brzmiący jak gitarowy pojedynek Grega Ginna z Billy’m Gibbonsem, „Black Binding Plague” ze sprzęgami jak w starym Sonic Youth czy kończący album, iście epicki i zdrowo jebnięty „Retrace the Circle”, w którym wpadają na siebie Motörhead i Steve Albini. Niezależnie od tego, czy udziwnienia owe nienachalne zapiszemy na konto Aarona, czy jego kolegów z ojczyzny sir Lutinenna, całość układa się w, hm, całość bez poczucia, że ktoś tu rzeźbi na siłę. Jeśli dobrze odczytuję myśl przewodnią, chodzi o to, aby przypierdolić, ale z głową i bez odjazdów w ekstremy czy wyciągania z szafy dziurawej katany z naszywkami Amebix. Na plus zapisuje się też czas trwania – 25 minut to akurat tyle, by nie pozostawić niedosytu i nie dociskać płyty knotami w imię nie wiadomo po co i przez kogo wymaganej przeciętnej długości albumu.

Teoretycznie debiut Split Cranium powinien trafić również do tych, którym punk jest raczej wstrętny, ale nie testowałem go jeszcze na znajomych fanach Anathemy i Muse, więc głowy nie dam… Szkoda by było, gdyby nazwisko brodacza i renoma Hydra Head okazały się za słabymi końmi pociągowymi, bo historia uczy, że tzw. „nazwiska” bardziej takim zespołom/projektom szkodzą niż pomagają. Lwiej części fanów Isis może nie zmieścić się pod wełnianymi czapami, że można grać takiego punka, a załoganci mają swoich własnych scenowych idoli. Bądź, drogi czytelniku, mądrzejszy od swoich kolegów i daj szansę Split Cranium, zanim świat o nich zapomni.

Bartosz Cieślak   5/6