SPIRITS WAY – Brainless Puppets are Enslaved

Jakoś tak dziwnie się dzieje, że ostatnimi czasy gdy przychodzi mi się zetknąć z twórczością młodego zespołu, czuję jakbym dostał materiał od starych wyjadaczy, którzy są na scenie od lat. Normą jest podsyłanie zestawu empechójek (płyty) i dosłownie trzech słów wyjaśnienia, bo po co więcej?! Przecież jak nagraliśmy płytę (najczęściej w „home studio”), to świat ma już stać przed nami otworem… Zupełnie inaczej mają się sprawy, jeśli chodzi o młody stażem, warszawski Spirits Way. Widzę w ich poczynaniach dużo pokory i szczerej chęci, by pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Jeśli dołożymy do tego całkiem interesującą muzykę, istnieje szansa, że zespół dostatnie kiedyś swoje pięć minut. Pierwszym, choć bardzo konkretnym krokiem ku temu jest bez wątpienia gorący jeszcze krążek „Brainless Puppets are Enslaved”.

 

„Brainless…” to materiał stosunkowo krótki, trwa ledwie pół godziny. Trochę mało, by z czystym sumieniem nazywać płytę LP z prawdziwego zdarzenia lecz zważywszy na muzyczną zawartość krążka nie zamierzam się czepiać szczegółów. Spirits Way proponuje nam mocny, oparty na bardzo klasycznym rdzeniu death metal, który, co tu dużo mówić, po prostu może się podobać. Nie jest to muzyka odkrywcza czy też (tym bardziej) zaskakująca lecz w doskonały sposób pokazuje, jak można inspirować się klasycznym metalem śmierci sprzed ponad dwóch dekad. Inspirować a nie kopiować dokonania Cannibal Corpse, Death czy Autopsy, do których twórczości odniesień w muzyce warszawiaków znajdziemy najwięcej.

 Od pierwszych, konkretnych riffów, które zabrzmią po elektroniczno-mroczno-filmowym intro słychać, że Spirits Way grają z lekkością zarezerwowaną dla sprawnych instrumentalistów co jest dziś w sumie standardem, ale i tak cieszy. Ważne jest też to, że materiał, jak na produkcję podziemną, bardzo dobrze brzmi. Niczego nie musimy się domyślać. Gdy zmiażdżyć ma nas bas, słychać to doskonale, gdy zakręcić mają niezłe, techniczne partie solowe, to zostają bardzo czytelnie wyeksponowane. Płyta brzmi mocno, tłusto i ciężko zręcznie łącząc, nie tylko na niwie soundu, metalowy brud old schoolu z selektywnością, potrzebną dla w pełni komfortowego kontaktu z muzyką. Wcześniej wspomniałem o jasnych i łatwych do odczytania inspiracjach, z których czerpie Spirits Way. Zespół stara się, by materiał mimo wszystko brzmiał autorsko i jak najbardziej „po swojemu”, co należy docenić, bo w obranej formule prochu wymyślić po raz drugi już raczej się nie da.

 

Wiesław Czajkowski