SPEKTR – Cypher (Agonia Records)

Idea straszenia ludzi jest stara jak świat. Odkąd małpolud wyskoczył zza węgła jaskini i krzyknął na swoją samicę „uuuhhhh!!”, świat nie ustaje w poszukiwaniu coraz to nowych metod wywoływania palpitacji serca. Także muzyczny światek nie odpuszcza na tym polu, szczególnie w dziedzinie metalowej. Jasne, dzisiaj okładki i muza Black Sabbath, Iron Maiden czy Cannibal Corpse śmieszą, ale były czasy, gdy wywoływały słuszne zaniepokojenie. Ludzi obytych z horrorami trudno przestraszyć, jednak nadal pojawiają się w tym temacie mniej lub bardziej udane próby. W naszej ukochanej działeczce znajdziemy nieco autentycznie mrocznych historii, począwszy od Gnaw Their Tongues przez Polaków z Cultes des Ghoules, na opisywanym tu Spektr skończywszy.

Jak przystało na twór wielce osobliwy, dwuosobowa, francuska kamanda, nie udziela wywiadów, zachowując tajemnicze status quo. Na szczęście, płyty nie pozostawiają wątpliwości, jaki efekt chce osiągnąć. Pamiętam szok wywołany poprzednim krążkiem formacji „Near Death Experience” – to była prawdziwa jazda w mrok, zejście do piekieł. Trudno określić stylistykę, bo mieszanina industrial, sporadycznych smagnięć black’owych gitar i wszechogarniającej grozy robiła niesamowite wrażenie. Dzisiaj cieszę się tym bardziej, że najnowsze dzieło enigmatycznego projektu ukazuje się z szyldem krajowej wytwórni.

Nowy Spektr, jak można było się spodziewać, nadal eksploruje rejony zarezerwowane dla szaleńców, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że postanowił też udowodnić, że jego dźwięki nie służą jeno straszeniu dziewczynek, ale mają  też wymiar czysto muzyczny. Wyraźniejszy jest podział na stricte filmowe podkłady i utwory zdecydowanie bliższe black metalowi. Spektr trochę przestraszył się tego, że może być postrzegany jako dziwoląg, stąd na nowej płycie utwory, które stoją zaskakująco blisko klasyki ambitnego, czarnego metalu („The Singularity”), zagranego – co oczywiste – ze słusznym rozmachem, ale jednak… normalnego. Jak na Spektr. Zespół nie odpuszcza, ciągle szukając. Przykładem rozwoju jest na pewno „Teratology”. Słuchając wstępu byłem w szoku – jazz w służbie rogatego!! Ten kawałek zabija – niemal improwizowany temat przechodzi w siarczysty black metal i przez 9 minut prowadzi nas od czarnych synkop przez piekło aż do mroźnej Norwegii. Ciekawe, że w tym miejscu Sektr zbliża się do innego, w połowie francuskiego maszkarona – Stagnant Waters. Niezbadane są meandry żabojadziego umysłu…  Kolejnym utworem wyznaczającym dramaturgię płyty jest wałek tytułowy. Majstersztyk podniosłego, bluesowego klimatu, który jak zwykle kojarzy mi się z Cave’m, prowadzi aż do mrocznych rytuałów rozgrywających się gdzieś w 6 minucie tego kolosa. Cieszy, że Spektr wychodzi poza swoje dotychczasowe inspiracje, testując nowe pomysły. Dla maniaków piekła i horrorów mam dobrą nowinę – zespół przygotował jak zwykle sporo dźwięków, których nie da się słuchać po zmroku – do nich należą miniatury w stylu „Decorporation”, „Solve et Coagula”,  „Solitude” czy „Hermetism”. Kawałki te stanowią swego rodzaju interludia, łączące płytę w całość, która onieśmiela rozmachem i niesamowitą, choć złowróżbną atmosferą. Nawet jeśli zespół w pewnym sensie wydestylował poszczególne elementy stylu, podkreślając swoje metalowe korzenie, i tak pozostaje awangardą eksperymentalnego industrial i black metalu.

Jeśli przyjąć, że czarna sztuka ma jeszcze coś do powiedzenia, Francuzi są jej ambasadorami, wytyczającymi nowe ścieżki, sprawnie i z dużą dozą dyplomacji poruszający się po miejscach, gdzie jeszcze niedawno black metal wydawał się być całkowicie bezradny. Jest też „Cypher” nadal niesamowicie zimną i mało przystępną porcją hałasu dla najodważniejszych. Mimo małych – z mojego punktu widzenia – niedostatków, płyta otarła się o geniusz. Przynajmniej w kilku miejscach…

Arek Lerch 

Pięć i pół