SPECTRAL VOICE – Eroded Corridors of Unbeing (Dark Descent)

Pobieżny rachunek z playlist minionych tygodni pokazuje, że z death metalu chwytam ostatnio praktycznie wyłącznie za nowości. Ten niby to wyeksploatowany gatunek ma zamknięty zestaw środków wyrazu, i to od dobrych kilkunastu lat, jak nie dłużej. Teoretycznie nic nowego nie ma prawa się tu wydarzyć, a jak się wydarza, to z uszczerbkiem na gatunkowej szlachetności. Tymczasem praktyka swoją drogą – świat dostarcza kolejnych dobrych i bardzo dobrych płyt, które znane wątki łączą w świeżą, deathmetalową całość. Tak właśnie czyni Spectral Voice.

Pamiętam, nie tak odległe czasy, kiedy tzw. prasa branżowa patrzyła na Incantation jak na pocieszną ramotkę przystrojoną w falbanki kultu. Trochę z szacunkiem, trochę z pobłażaniem, bo na topie było wtedy techniczne i brutalne granie na wysokich tonach. Przewijamy do współczesności i okazuje się, że nowojorska smoła to najbardziej nośny wzorzec obecnego death metalu. Abstrahując od faktu, że sam nestor trzyma się nieźle („Profane Nexus” znamy?), ten nurt produkuje, oprócz defaultowego przeciętniactwa typu Father Befouled, naprawdę sporo wysokooktanowej smoły. Najzdolniejszymi (albo najbardziej uznanymi) padawanami są Dead Congregation i Blood Incantation – a trzech członków tego drugiego gra w Spectral Voice, więc mniej więcej wiadomo już czego można się spodziewać. Znany ze „Starspawn” kosmiczny odpał rozbija się na „Eroded Corridors of the Unbeing” o szlachetny doom/death metal o grzybowym posmaku. Taki z rejonów dISEMBOWELMENT i boskiego Esoteric, nim ci rozmemłali się na drobne. Spectral Voice wciąż bliżej do death metalu, jaki opatentował John McEntee – niski strój, struktura utworów, charakterystyczne riffy, a przełamanie go narkotyczną psychodelią tylko przydaje mu uroku. Bardziej mi siedzi „Eroded…” niż Blood Incantation – więcej tu szaleństwa i zagubienia w kosmosie niż w technicznych łamańcach „Starspawn”, więcej klaustrofobicznego klimatu i, mimo ponadnormatywnej rozwlekłości numerów, więcej kompozytorskiej i aranżacyjnej sprawności. Spectral Voice sprawdza się na obu frontach, bo i cieszy ucho dobrą muzyką, i wybucha głowę jak Michael Ironside w „Skanerach”. Gdyby doom/death metal dorobił się jakiegoś swojego „progresywnego rocka” z zachowaniem gatunkowego charakteru, brzmiałby on pewnie jak „Eroded…”. Nie wiem czy takie karkołomne porównanie kogoś zachęci, ale przyjmijmy, że powinno.Spectral Voice 2017

Przyszło mi do głowy, że takiej deathmetalowej płyty jak „Eroded…” nie słyszałem od czasu „Lunarterial”, zupełnie przypadkowo też wydanej przez Dark Descent. Pełnoczasowy debiut Swallowed gryzł ten sam pień od trochę innej strony, ale oba zespoły łączy pokrewna atmosfera i schiza, gdzie death metal jest tylko językiem, w którym opowiadamy jakąś źle kończącą się historię. Czytelnik zakazanej księgi traci rozum, astronaucie kończy się tlen, Wielki Przedwieczny zjada słuchacza. Erodujmy jak spektralny głos każe.

Bartosz Cieślak

Sześć