SPACESLUG – Lemanis

Określenie „pojawiła się znikąd” pasuje do tej płyty, jak do mało czego. Nieco mniej może do samych muzyków, którzy ją spłodzili, ponieważ chodzą oni po tym świecie już parę dobrych lat i dali się – przynajmniej niektórym – poznać z działalności w zespołach takich, jak Palm Desert czy Legalize Crime. Teraz połączyli siły pod szyldem Spaceslug, by nagrać „Lemanis”.

Oba zespoły „macierzyste” pochodzą z Wrocławia i są mniej lub bardziej znane w kręgach słuchaczy takiej muzyki, ale oba też, jakby nie patrzeć, nie rokują raczej nadziei na jakiś nagły, znaczący progres. Choć byłoby to czymś całkiem oczywistym, dźwięki wypełniające debiutancki album Spaceslug wcale nie są wypadkową brzmień dwóch wspomnianych wyżej kapel (gwoli ścisłości: Palm Desert to klasyczna, piaszczysta odmiana stoner rocka, a Legalize Crime – brudny, smolisty sludge). Co więcej, patrząc na zespół jako na samodzielny, pełnoprawny twór, z umysłem niezmąconym niepotrzebnymi porównaniami, bardzo ciężko jest tę muzykę jednoznacznie sklasyfikować i opisać jednym słowem. Jest to niewątpliwie poważny komplement, ponieważ istnieje od zatrzęsienia zespołów, które narzucają sobie wąskie ramy jednego podgatunku, później często dusząc się tymi ograniczeniami. Tu takich problemów nie ma. Ludziom uwielbiającym różnorakie etykietki i szufladki w muzyce może nie przypaść to do gustu, ale dla zwykłego słuchacza jest zaletą – nie wiemy do końca, czego się spodziewać, nie wydajemy sądów przed zapoznaniem się z zawartością płyty.Space Band (1)

Muzyków jest trzech i tu ciekawostka – wszyscy udzielają się wokalnie. Choć generalnie śpiewania nie ma tu zbyt dużo, i dobrze, bo ileż to znamy przypadków, w których wszędobylski wokalista udaremnia starania kolegów z zespołu. Jak trzyosobowy skład może siać takie zniszczenie? Oto jest pytanie. W każdym razie, brzmienie płyty jest fantastyczne, dość nieszablonowe i stanowi kolejny duży jej atut. Momentami klarowne i przestrzenne, potrafi naraz przerodzić się w miażdżącą ścianę dźwięku. Ciekawe, czy równie potężnie ten materiał zabrzmi na żywo, ale jeżeli tak, to czapki z głów. Każdy, kto choć trochę lubi takie klimaty, znajdzie tu coś dla siebie, choć zapewne będzie miał inne skojarzenia; mnie w niektórych momentach nasuwa się na myśl legendarne Acrimony. Muzycy bardzo płynnie przechodzą od fragmentów spokojnych, poprzez te nieco mocniejsze, do zmasowanego ataku, dodatkowo wszystkie te elementy są zdrowo zbilansowane, dzięki czemu nie ma nudy (no dobra, czasem pograją parę minut jeden riff, ale to w końcu stoner, halo!). Przykładowo taki „Hypermountain” to niestrudzone, doom’owe łupanie (w dobrym tego słowa znaczeniu), ale już – chyba mój ulubiony – „Supermassive” czy utwór tytułowy to prawdziwe dźwiękowe odyseje, pozwalające na niezły odlot. Jest w nich wszystko, co koneser mógłby sobie wymarzyć – riffy, których można słuchać bez końca, intrygujące linie wokalne, nawet jakieś sample z filmów gdzieniegdzie się zawieruszą. Generalnie brzmi to niczym muzyka członków załogi statku Nostromo, gdyby zdecydowali się zostać na planecie, na której znaleźli Obcego (skąd wzięliby instrumenty, to już inna sprawa). Żal byłoby nie napisać w tym miejscu także o okładce, która kieruje skojarzenia właśnie w te rejony (i jednocześnie nie jest zwykłą okładką, jakich wiele – takiego ślimaka to ja jeszcze nie widziałem).

Reasumując – powstała płyta, która zapewne przebija wszystko, co do tej pory muzycy nagrali ze swoimi zespołami. Powiem więcej, może ona zamieszać nie tylko na polskiej, niszowej, mimo wszystko, scenie, ale też zaistnieć w świadomości szerszego grona odbiorców. Coś, co w zamyśle mogło być zwykłym projektem pobocznym (mogło, bo nie wiem, jakie motywacje kierowały twórcami…), ma szansę szybko stać się kolejnym, po Weedpecker czy Dopelord, polskim towarem eksportowym. Czas pokaże, jak Spaceslug wykorzysta niezaprzeczalny, słyszalny na „Lemanis” potencjał na bycie czymś więcej, niż tylko „kolejnym, stonerowym zespołem”.

Adam Gościniak

Cztery