SOUNDQ – Barbarians (Wytwórnia Światowa)

Granie w Polsce muzyki tanecznej nadal kojarzy się głównie z obskurną remizą, sztachetami i pijanymi kolesiami, śmierdzącymi tanim adidasem. Jeśli ktoś chce być obiektem kpin, próbuje gdzieś tam łączyć słowo „dance” z określeniem „ambitny”, a wszystko sprowadza się jak zwykle do tego, że „kto nie wypije, tego…” itp. Szczęśliwie i w tej materii coś się zmienia i nawet taki malkontent jak Lerch, stroniący od rozrywkowego traktowania muzyki, znajduje nad Wisłą coraz więcej ciekawych wydawnictw, do których jak ulał pasuje etykietka „do tańca i różańca”. Kolejne odkrycie to krakowski Soundq, którego płyta „Barbarians” ma duże szanse, by stanąć tuż obok „Wilderness” Uniqplan.

Soundq na „Barbarians” połączył wrażliwość z dość agresywnym, choć całkiem przyjemnym pompowaniem, co powoduje, że płyty równie dobrze słucha się w domowym zaciszu, jak i traktuje niczym dobry dopalacz podczas biegania czy jazdy rowerem. Adrenalina jest, chwytliwość jest, najważniejsze są jednak duże umiejętności muzyków w dobieraniu znakomitych brzmień. To taka iskra, jaką posiadają persony pokroju Martina Gore’a z Depeche Mode. Soundq, na szczęście, stara się jak może, żeby nie zostać posądzony o typową inżynierię studyjną, polegającą na sprawnym lepieniu przeróżnych, syntetycznych dźwięków, stąd też zapewne duża dbałość o zróżnicowanie brzmień i aranżacyjna maestria, nie pozwalająca by „Barbarians” stał się banalną, muzyczną tapetą. Zespół uważnie wsłuchuje się w to, co dzieje się na muzycznej mapie świata, nawiązując do popularnego nurtu indie, dobierającego się dość ostro do synth popowych brzmień z lat 80 – tych. W muzyce krakowian nie ma za to powszechnej mody na zimnofalowy lukier, stąd bliżej im do wspomnianych twórców „Delta Machine” niż do Editors chociażby. Jednocześnie dużą zaletą krążka jest jego spore zróżnicowanie.

Soundq zabiera nas w szaloną i migającą światełkami podróż – od tanecznych bitów „Cargo Planes”, przez trip – hopowy White Lies w „Idiot Boy” („Elephants Graveyard” też mogliby Anglikom sprzedać…), indie synth pop („The Ritual”) aż do swojej wielkiej miłości, czyli Depeche Mode („The Secret”, „”Ronnie”, „Beatrice” czy „Barbarians”). Niezależnie od stylistyki, zawsze mamy do czynienia z bardzo stylowo i ze smakiem zaaranżowaną elektroniką, czasami wyraźnie skłaniającą się w stronę akustycznej przestrzeni (świetne bębny w „Lizard Skin”), dobrą, nieco wychłodzoną melodyką, przełamywaną często falsetem wokalisty. Nawiązując do tego ostatniego – choć nie jest to trendy – „Barbarians” brzmi, jakby był wymyślony i zrealizowany zdecydowanie poza naszym grajdołem. Nie wiem, czy to dobrze dla zespołu, czy tylko źle dla wspomnianego grajdoła? Tak czy inaczej, miło się tego słucha.

I już, już, ocena zmierzała całkiem wysoko, kiedy dopadł mnie ostatni kawałek na płycie, czyli zaśpiewany po polsku „Pod Dachami Hayle”. Panowie… Nie wiem co się stało, ale ten kawałek absolutnie zepsuł mi humor, zmuszając do radykalnej zmiany oceny… Kompozycja powiela najgorsze scenariusze „budzikowośmierciowe” z lat minionych, będąc niczym innym niż banalnie poprockową, nieprzyjemnie ckliwą balladą, pasującą do reszty świetnych kawałków jak przysłowiowa pięść do oka. Złe. I niestety, obniżające cenzurkę… Na przyszłość strzeżcie się ballad!

Arek Lerch

Trzy i pół