SOULFLY VS SEPULTURA – kto zwycięży?

Gdyby w 1996 roku zadać schodzącym ze spodkowej sceny członkom Sepultury pytanie o to, jak potoczą się ich losy, zapewne nikomu nie przyszłoby do głowy, że 17 lat później dwa zespoły, dowodzone przez Maxa i Andreasa będą toczyć wojnę, nawet jeśli sami zainteresowani zgodnie twierdzą, że są szczęśliwi i absolutnie nie ma żadnej rywalizacji. Wierzycie w to? Ja nie.

Losy Soulfly i Sepy są ze sobą nierozerwanie splątane i nic nie wskazuje na to, że coś się w tym temacie zmieni. Rozłam w Sepulturze był ciekawostką, która podzieliła świat metali na tych, co wierzyli, że Andreas sam da radę i tych, co odsądzali Sepę od czci i wiary, podobnie zresztą było z Soulfly Tak jest do dziś, choć chyba wszyscy przyzwyczaili się, do tego, że zespoły funkcjonują na normalnych zasadach, wydają regularnie płyty i nie zamierzają przestać. Ok, Soulfly startujący z pułapu „0” był w bardziej komfortowej sytuacji. Sepultura miała przesrane nie tylko przez odejście Maxa, ale głównie z powodu „Roots”; mega – sukces tej płyty spowodował, że z Maxem czy bez, zespół skazany był na wieczne narzekania. Dlatego trudno dziwić się, że zarówno „Against” jak i „Nations” były wystawione na krytykę, niezależnie co sobą reprezentowały. Max miał nowy band, fajną muzykę a w dodatku wykorzystywał sobie na koncertach kawałki Sepy. Macierz z Greenem na czele poszukiwała, flirtowała z hardcorem, upraszczała muzykę, odchodząc od tego z czym zespół wcześniej był kojarzony, wreszcie gdzieś na poziomie „Roorback” złapała wiatr w żagle, by za sprawą „Dante XXI” zacząć zagrażać pozycji Soulfly. Nie wiem czy to przypadek, że po tej płycie z Sepy odszedł Igor;Soulfly zespół znowu znalazł się w punkcie wyjścia… Ekipa Maxa nagrywała dość równe płyty z szczytowaniem pt. „Dark Ages”, skręcając coraz bardziej w stronę thrash metalu. Ostatnie dokonania mogą zaś świadczyć o lekkiej dezorientacji. Trudno bowiem płytę „Enslaved” (2012) uznać za coś innego niż wyraz zagubienia czy też zmęczenia formułą. Co ciekawe, wydana nieco wcześniej płyta „Kairos” Sepultury okazała się być najgorszą porcją muzyki, jaką stworzył Kisser. Fatalny album, fatalna okładka.

I w ten sposób docieramy do dnia dzisiejszego, czyli kolejnego pojedynku zespołów na S. Przyznam, że pojedynku ciekawego, bo okazało się, że o ile Soulfly nagrał prostą, raczej dość oczywistą płytę, o tyle „The Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart” Sepultury to jeden z najlepszych albumów tej ekipy od wielu lat.

Wprawdzie przewaga muzyczna Sepultury jest dla mnie tym razem oczywista, okazuje się, że podły Max znowu wiedział, co zrobić, żeby opinia patrzyła głównie na jego zespół. Otóż, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie, wyciągnąć własną latorośl, stukającą w bębenki i zaproponować staż w Soulfly, przypominając jednocześnie, że to bicie serca Zyona było introdukcją do „Chaos AD”. Słodkie, prawda?? Słuchając płyty nie mam wątpliwości, że muzyczny koncept został podporządkowany umiejętnościom Maxowego syna. Raczej bez większej wirtuozerii, gra sprawnie, jak na szczeniaka, choć nie ma wątpliwości, że to jednak najgorszy pałker w tym zespole. Soulfly zatrudniał już geniuszy (Roy Mayorga), pałkerów bardzo dobrych (Joe Nunez) i death metalowych rzeźników (David Kinkade), dlaczego zatem nie zatrudnić stażysty? Może Max chce ułatwić latorośli start, bo przecież wpisanie do CV nazwy Soulfly jest niezłym początkiem. Pochwalić autorów „Savages” mogę za riffy, bardzo plastyczne i melodyjne a także za niesamowity – jak zwykle – groove. No, ale z tego Soulfly znany jest co najmniej od 98 roku. Nasuwa mi się w tym miejscu jedynie pytanie, jak młoda latorośl poradzi sobie z kawałkami z „Enslaved”, jeśli zespół oczywiście będzie chciał je grać…

SepulturaTymczasem w ekipie Kissera drgnęło. Zespół wrócił do idei koncept albumu, choćby nie wiem jak napuszonego i tworzenia muzyki zdecydowanie niejednoznacznej. I tu akurat przydało się postawienie wszystkiego na jedną kartę. Muzyka nie jest może porywająca ani łatwa w odbiorze, ale nie można jej odmówić inteligencji i znakomitego poziomu wykonawczego. Mnogość pomysłów a przede wszystkim eklektyzm w połączeniu z doskonałym zgraniem i – co tu ukrywać – rewelacyjnymi partiami perkusji przygniatają. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – od hardcore’owego, połamanego łomotu po brazylijskie bębnienie, którego monstrualną wręcz dawkę dostajemy pod koniec w postaci „Da Lama Ao Caos” – kilkanaście minut perkusyjnego motania wypada bardzo dobrze. Ekipa Kissera dwoi się i troi, budując utwory w niestandardowy sposób, obok nieco moshowych partii – choć nie tak udanych jak w przypadku „Savages” konkurencji – jest dużo kombinowania i niemal matematycznego układania konstrukcji. Co i rusz trafiamy na zaskakujące zwroty akcji, niesamowite popisy i ciekawe harmonie. Brzmi to wszystko, jakby zespół czuł, że musi tym razem wspiąć się na wyżyny. Co jest może dość dziwne, bo przecież są świadomi, że dzisiaj nikt już nie oczekuje od nich nagrania „Roots pt II”. Paradoks polega na tym, ż tak po prawdzie najlepiej słucha się tych krążków wymiennie – może są na siebie skazani i ta niezdrowa symbioza w jakiś przedziwny sposób im służy?!

Ring powoli pustoszeje. Po bratobójczej walce na macie leżą powybijane zęby (vide okładka „Savages”) i połamane kończyny (obrazek zdobiący „The Mediator….”). Wprawdzie wyraziłem już dobitnie swoje zadowolenie i ew. uwagi, jednak nie ośmielam się jednoznacznie podnieść ręki zwycięzcy do góry. Może wcale tego nie potrzebują, a rzekoma rywalizacja to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni?

Arek Lerch