SOULFLY – Enslaved (Roadrunner)

Przez lata unikałem Soulfly jak diabeł wody święconej. Zespół Maxa Cavalery, będący pierwotnie całkiem oryginalnym daniem w menu Roadrunner Records, za sprawą siłowej i prowadzonej bez opamiętania promocji, szybko przeistoczył się w paszę dla mało wymagających amatorów ciężkiego grania, a z biegiem lat został nieświeżo odbijającym się, przeterminowanym produktem, straszącym z reklam w branżowej prasie i zalegającym na sklepowych półkach. Dziś, kiedy koszmar pod tytułem nu metal szczęśliwie należy do przeszłości, grupa ta, niegdyś kreowana na jego naczelnego architekta, popełnia paradoksalnie coraz lepsze albumy. „Enslaved” to płyta na tyle dobra i nieskrępowana konwencjami, by przekonać nawet zagorzałych sceptyków.

Boję się, że ten album ukazuje się w nieodpowiedniej chwili i przez wielu zostanie programowo olany. W czasie, gdy nowoczesność w muzyce ekstremalnej jest passe, nowe dzieło Maxa, uchodzącego przez lata za jej Pierwszego Poruszyciela, ma raczej nikłe szanse trafić pod strzechy mało tolerancyjnych metali, którzy swe muzyczne zapatrywania kierują w stronę retro-ołtarzy. A szkoda. Jednak tolerancja jest chyba ostatnią rzeczą, o którą prosi Cavalera, bo z materiału zaprezentowanego na „Enslaved” zwyczajnie nie musi się nikomu tłumaczyć.

Żeby wszystko było jasne – płyta bazuje na trademarkowych, cavalerowych riffach, więc nie ma co liczyć na jakieś symboliczne odcinanie się od dotychczasowychS dokonań. Z drugiej strony, dzięki ograniczeniu wyeksploatowanego do cna etnicznego pierwiastka, a także transfuzji świeżej krwi w sekcji rytmicznej (na bębnach grzmiący w Borknagar David Kinkade, na basie Tony Campos m.in. z Prong i Static-X), 11 kompozycji zamieszczonych w zasadniczej części krążka zyskało na wyrazie. Niezależnie czy mowa tu o powoli przetaczającym się gigancie „World Scum”, autentycznie thrashowym wystrzale w „Redemption of Man by God” czy o niskich i osadzonych riffach w „Plata O Plomo”, obcowanie z nimi skutkuje dwojakim efektem: kolana się uginają, a latająca na wszystkie strony głowa grozi skręceniem karku. Oprócz pokazów siły znajdziemy na „Enslaved” momenty prawdziwie zachwycające aranżacjami i oryginalną melodyką, których najznakomitszym okazem jest zróżnicowany „Treachery”, z gitarami wycinającymi w harmoniach oraz rozbudowaną, psychodeliczną partią solową. Inteligentnie powściągnięto instrumentalne popisy Marca Rizzo, przez co całość sprawia wrażenie bardziej zgranej niż poprzednio, choć wcale niepozbawionej rozmachu. Zaskakujące jest to, że z każdym kolejnym wydawnictwem lider buduje wizerunek Soulfly jako zespołu o stale poszerzających się horyzontach; z jednej strony w pełni świadomego kierunku swych poszukiwań, z drugiej jednak dumnie czerpiącego z metalowego kanonu, co na początku działalności pod tym szyldem wcale nie było takie oczywiste…  Ta determinacja i jednoczesne poszanowanie tradycji słyszane w każdym takcie sprawiają, że uprawnione są pojawiające się od jakiegoś czasu głosy, jakoby nowa płyta miała być najlepszym dziełem Maxa od czasu „Chaos AD”, a nawet „Arise”.

Wszystko to, plus high-endowa, lecz zarazem wiarygodna produkcja (Zeuss), daje ostatecznie cień nadziei, że nawet ci, którym do tej pory nie po drodze było z poczynaniami Maxa i kolegów, spojrzą na nich łaskawszym okiem i dotrzymają kroku na ścieżce, jaką podąża ich ósmy album. Przede wszystkim natomiast jest świadectwem tego, że mimo wyraźnie słabszej koniunktury Cavalera pozostaje artystą niepokornym i to do niego należy ostatnie słowo w kwestii tego, czy marka Soulfly ma dziś rację bytu. Rzecz jednak w tym, że „Enslaved” tym ostatnim słowem na pewno nie jest.

Cyprian Łakomy

Pięć