SORRY BOYS – Roma (Mystic)

Było dużo o metalu, czas na spokojniejsze dźwięki. O Sorry Boys już pisaliśmy na naszych łamach, dlatego także nowa płyta musi u nas zagościć. Tym bardziej, że zespół nie próżnował i znakomicie rozwinął pomysły z Vulcano, dodając nowe elementy i dopieszczając produkcję. W każdym razie, jeśli zwrot inteligentny indie pop nie budzi w was przerażenia, warto sięgnąć po „Roma”, nawet jeśli okładka sugeruje, że mamy do czynienia z kolejnym krążkiem Tercetu Egzotycznego.

I ten obrazek jest jedyną, moim zdaniem nieco kontrowersyjną rzeczą, jaka trafiła się Sorry Boys w związku z nową muzyką. Skoro chcieli tak podejść do oprawy, trzeba to uszanować, ale po odpaleniu płyty nie ma wątpliwości, że obcujemy z muzyką wielokrotnego użytku, piekielnie inteligentną i błyskotliwie zagraną. Z tym, że błyskotliwość nie oznacza w tym przypadku jakichś szalonych szarż instrumentalnych a raczej finezyjne połączenie kilku odmiennych światów w gładką całość. Nie ma potknięć; pozostaje rozważenie, gdzie bliżej Sorry Boys w 2016 roku – do czystego popu, czy nadal alternatywy? Obecnie te dwa światy mocno się zazębiły, głównie za sprawą takich zespołów jak właśnie ekipa Izabeli Komoszyńskiej. Bo faktycznie aspekt melodyczny, przystępność aranżacji czy ogólny klimat całości nie sprawią problemu słuchaczom wychowanym na krajowym pop rocku. Sorry Boys unowocześnia to co lekko już przebrzmiało, adaptuje elementy folkowe (świetnie wykorzystane np. w „Wracam”), miesza klimaty synth popowe z indie, zachowując przy tym autentyczność i spójność. Pozornie może się wydawać, że taki eklektyzm nie zażre, jednak na razie udaje się Beli i kolegom zachować równowagę. Nie ma tu przegięcia w żadną stronę, chyba jedynie wygładzenie produkcji i aranżacyjnych niuansów może świadczyć o chęci stworzenia muzyki przyjaznej słuchaczowi. Sztuką w tym przypadku jest zgrabne połączenie wszystkich elementów – popowych i alternatywnych – oraz sformatowanie ich dla piosenkowych potrzeb, co w większości przypadków się udaje.t8896x5920-24327-kopia

Być może nowy materiał odróżnia się od poprzedniego większym udziałem patetycznej atmosfery, ale jeśli krzyżuje się florence’ową alternatywę z rozmachem Kate Bush, trudno się dziwić. Choć warto dodać, że nawet w tych najbardziej wzniosłych momentach (np. balladowe „Miasto Chopina”) zespół zachowuje klasę i nie przesadza a o potknięcie przecież nie trudno. Nie wiem, czy uda się wykroić z płyty jeden, murowany przebój, ale zadatki są – wspomniana już piosenka „Wracam” (utwór singlowy), świetne „Zwyczajne cuda” czy „Apollo”. Pomijając jednak wybrane utwory – dużo się na tej płycie dzieje i w warstwie instrumentalnej (udział chóru, puzonisty, gościa tłukącego w cymbały, fajnie zaakcentowana rytmika itp.) i aranżacyjnej (czasami pojawiają się nieoczywiste konstrukcje jak np. w „Supernowa”), Bela śpiewa z przekonaniem, udowadniając, że głos ma nie od parady. A najważniejsze jest jednak to, że całość w studyjnym blenderze została perfekcyjnie zmiksowana, nie tracąc przy tym smaku i charakteru.

Sorry Boys nie odkrywają na „Rome” niczego nowego, ale tworząc swoje piosenki ani na moment nie popadają w rzemieślnicze rutyniarstwo. Wszystko się zgadza – jest zabawa, jest melodia i smakowita instrumentacja. W swojej klasie jedna z lepszych, tegorocznych płyt.

Arek Lerch

Pięć