SÓLSTAFIR – Otta (Season of Mist)

Im robię się starszy, tym bardziej upewniam się w tym, że dożyliśmy smutnych czasów. Właściwie wszystko co ciekawe wydarzyło się już w przeszłości i nas, współczesnych zjadaczy czerstwego razowca czekać może co najwyżej kolejna pętla powrotu do przeszłości. Byliśmy na księżycu, wymyśliliśmy rock’n’roll’a; cóż dziś można zrobić takiego by przyćmić szarość i wybić się ponad bolesny poziom dominującego we wszystkich aspektach życia przeciętniactwa? Gdzie podziała się ta iskra, która sprawia, że niektóre zdarzenia noszą znamiona niesamowitości? Wydawać by się mogło, że dziś jedynie „picie wódki to wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości”. Jednak mimo wszystko czasem zdarza się coś wyjątkowego a gdy zamiast w świecie oddychających konsumpcją miast zamieszkamy w krainie muzyki, nasze szanse na osobiste doświadczenie niesamowitego realnie wzrosną…

Oficjalna premiera nowego dzieła Sólstafir miała miejsce już jakiś czas temu lecz dopiero dziś postanowiłem napisać o tej znakomitej porcji muzyki kilka słów. Trzy lata po świetnym „Svartir Sandar” zespół dokonał rzeczy prawie niemożliwej i stworzył coś na kształt własnego muzycznego absolutu, od którego nie sposób się uwolnić. Od dnia premiery słucham tej płyty codziennie. Powoli przeradza się to w uzależnienie, ale mimo wszystko nie potrafię przestać. „Otta” to przykład produkcji niesamowitej i gdybym miał dziś wytypować najważniejszą płytę ostatnich kilkunastu miesięcy, bez wahania własną krwią podpisałbym cyrograf jaki wystawił Sólstafir.

Nowe dzieło Sólstafir uderza słuchacza jednym zasadniczym aspektem. Emocje jakie niesie ze sobą ten album nie pozwalają spać, nie pozwalają jeść… Nie pamiętam bym w ciągu ostatnich lat słyszał płytę tak przesyconą smutkiem, melancholią, lepką mglistą samotnością i morzem. Każdy dźwięk jest tu niczym innym jak inkarnacją tego specyficznego i magicznego zarazem klimatu, jakiego doświadczyć można w tak intrygującym miejscu jak Islandia. Przelewając te uczucia na karty rock’n’roll’a zespół wykazał się niesamowitym wyczuciem i stworzył materiał, który jest jak teatralny spektakl pełen autentycznego dramatyzmu. Ba! Arcyspektakl. Od pierwszego tchnienia w postaci ufilmowionego „Lagnaetti” ruszamy w podróż, która jest niczym innym jak emocjonalną wycieczką w głąb siebie a jednocześnie opowieścią, która prowadzi słuchacza za rękę. Każdy kolejny numer to jeszcze większa porcja smutku i niesamowitych niesamowitości, które opisać tak zwyczajnie byłoby po prostu niezręczną profanacją. Sólstafir na „Otta” to zespół, który tworzy coś boleśnie autentycznego i oryginalnego, bazując oczywiście na brzmieniu i pomysłach wręcz klasycznych dla solidnego, rockowego grania. W porównaniu do poprzedniej płyty jest to muzyka zdecydowanie bardziej subtelna. Po metalowych początkach nie został tu nawet nikły ślad. Islandczycy dziś kreują własne, o wiele bardziej witalne i otwarte dźwięki niż jakiś tam zmurszały metal. Niesamowicie progresywne i wysmakowane frazy bratają się tu z ostrym gitarowym grzaniem. Jest ogień, moc i smutek. A całość niezwyczajnie hipnotyzuje.Solstafir Band

Osiem kompozycji jakie zawiera zasadnicze wydanie „Otta” to zamknięta całość lecz z drugiej strony budzić może lekki niedosyt, dlatego też dostępne są wydania bogatsze o dodatkowe kompozycje, których po prostu warto poszukać. „Otta” to niecodzienne, niezwykłe widowisko, które sprawia, że stając z nim oko w oko nie jesteś w stanie zrobić wiele więcej jak tylko chłonąć każdy, dosłownie dźwięk jaki dociera do uszu. Kontakt z „Otta” to dla mnie doznanie osobiste dlatego też nie łudzę się, że tekst ten zostanie zrozumiany. W ostatnim zdaniu podsumuję temat łopatologicznie. Nowe dzieło Sólstafir to jedna z najlepszych, rockowych produkcji jakie dane było mi słyszeć i piszę to zdanie biorąc za nie całkowitą odpowiedzialność.

Wiesław Czajkowski

Sześć