SÓLSTAFIR – Berdreyminn (Season of Mist)

Czy Sólstafir się skończył? Czy nad snucie rozmarzonych pejzaży Islandczycy przekładają teraz żerowanie na synthpopowym dziedzictwie? Otóż nie, proszę państwa. „Berdreyminn” to bardzo solidna, rockowa (wciąż) płyta. Może nie najlepsza w dorobku grupy, ale momentami sięgająca miejsc niedostępnych poprzedniczkom. Mimo wszystko, nie sądzę, by był to krążek mogący przekonać wątpiących. To raczej propozycja dla tych, którym to całe urocze przynudzanie i mozolne budowanie atmosfery nie tyle nie przeszkadza, co wręcz jawi się największą cnotą zespołu. Tym razem trafiło właśnie na miłośników islandzkiego przynudzania, toteż werdykt mógł być tylko jeden…

A: Co ci Islandczycy kombinują? Zamiast przyjemnie i bezstresowo korzystać z tego, co zbudowali na „Svartir Sandar”, najpierw zaczęli „przynudzać” na poprzedniej płycie, a to, co się dzieje na nowym „Berdreyminn”, to już szczyt wszystkiego. Niby wszyscy ostatnio tacy otwartogłowi, ale już widzę to marudzenie na nowy krążek…

G: Jakie przynudać? „Ótta” to przecież taka metalowa odpowiedź na Sigur Ros (śmiech). Panie kolego, bo ja się kłócić nie zamierzam, ale zespołu będę bronił. Grają prosto z serducha, czasem plumkają, klepią trzy dźwięki na krzyż, alboband bawią się w synthpop, ale łykam to jak młody pelikan.

A: Musiałeś mnie źle zrozumieć, po prostu kierunek rozwoju grupy nie wszystkim przypadnie do gustu. Czy plumkają? Owszem. Treść muzyczna nie jest tu nadzwyczaj skupiona, wręcz przeciwnie – raczej nigdzie im niespieszno. Taki ich urok. Z publicznością metalową rozmijają się nieodwracalnie: gdy grali jakiś pierwotny black metal, tkwili gdzieś w podziemiu, teraz natomiast są już zbyt delikatni. Punktem przecięcia interesów był jedynie właśnie „Svartir Sandar”.

G: Są delikatni, wysmakowani, trochę pretensjonalni i za to ich ludzie nie lubią. Bo to taka muzyka środka – ma swoje piękne momenty, czasem trochę denerwuje przez to rozmemłanie, a jednak koi i raduje serce…

A: Nie no, to jest muzyka emocji, coś jak Baroness na wysokości „Yellow&Green”. Nie musi zaskoczyć za pierwszym razem, ale gdy już to zrobi, to po całości. No, albo wcale… Ty więc możesz docenić te piękne momenty i spowijającą je melancholię, a ktoś inny nawet nie znajdzie w sobie cierpliwości, by tych momentów szukać. Ale warto. To generalnie bardzo ciekawe, ale czasem wolę posłuchać takiego albumu, przez który się trzeba przedzierać i wytrwale szukać, niż płyty, w której w teorii zgadza się wszystko, od pierwszej do ostatniej sekundy. Takie wyszukiwanie ma swój urok. Doceniasz momenty dwa razy bardziej.

G: Podałeś przykład moich dwóch ulubionych, może nawet w pewnym sensie radiowych płyt Baroness. To zresztą, jeden z wielu zespołów skrajności, który potrafi wzbudzać tak silne emocje. Sólstafir podobnie, tyle, że środki wyrazu są zgoła odmienne, ale w moim przypadku, wszystkie działają tak samo. Ta muzyka mnie wycisza, napawa spokojem i cieszy. Tak wewnętrznie.

A: Z jednej strony radiowych, a z drugiej – najbardziej opasłych. Narzekania na samą obfitość formy biorą się jednak z niewiedzy, bo w praktyce na tych dwóch krążkach nie ma słabego numeru. Ale nie o tym mowa. Racja, Sólstafir potrafi uspokoić, ale – paradoksalnie – na nowej płycie jest parę motywów o ciężarze i prostocie niewidzianej u nich już od bardzo dawna. Taki „Naros” to przecież bardzo bezpośrednia muzyka. Co nie zmienia wcale faktu, że w ogólnym obrazie „Berdreyminn” nie jest płytą łatwą.

G: Nie, i dlatego recenzenci nie mają o niej dobrego zdania. Po dość nośnej „Ótta” oczekiwali albo podtrzymania klimatu pieśni lodu i ognia, albo przywrócenia rockowego pazura. Wyszło inaczej, bo więcej tu popowej subtelności i storytellingu, niż snucia muzycznej opowieści wielowątkowymi tematami.band s

A: No właśnie, pop i ten nieszczęsny „Isafold”, po którym na zespół posypały się gromy (śmiech). Niektórzy po wydaniu „Ótta” zwiastowali im też wejście na salony, a nowy album zdecydowanie w tym nie pomoże. I dobrze.

G: Doskonale wręcz, bo jeden Mastodon w mainstreamie wystarczy. Ale nie przeczę, życzę im tego, bo to po prostu zajebisty zespół, wokół którego narodziło się sporo dziwnego smrodu, wszystko przez perkusistę, który chciał wyruchać resztę. Ale nie o tym mowa, chociaż… ciekaw jestem czy ta bardziej biznesowa strona zespołu miała wpływ na rozbieżność w kompozycjach. Ten materiał jest tak zajebiście niespójny…

A: Oj, tutaj mam całkiem odmienne odczucia. Odczucia, bo prawda jest taka, że docierają do nas jedynie strzępki informacji. Nie wiemy, co tam się stało, ale perkusista zawsze sprawiał wrażenie dobrego ducha grupy i nie wyobrażam go sobie chcącego oszukać resztę. Gra teraz, zresztą, w nowym zespole Katla, którego debiutancka płyta także zapowiada się szalenie ciekawie. Nie, nie, do mainstreamu już nie wejdą, byli parę lat temu dosłownie o krok, ale pociąg chyba nieodwracalnie uciekł. Mogą więc robić, co dusza zapragnie. Niespójny? A może po prostu zróżnicowany?

G: A to w muzyce nie są pojęcia zamienne (śmiech)? Niespójne to są te nasze wynurzenia przy wódce i zagryzce, ale dogadujemy się. Podobnie jest z Sólstafir. Możesz na początku nie załapać tematu, rzucić tekstem, że gdzieś tam liveprzemyka Budka Suflera (SIC!), a jednak album po prostu Ci się spodoba. Jeśli nie, kłamiesz.

A: Jestem w stanie uwierzyć, że komuś się jednak „Berdreyminn” nie spodoba. Jeżeli nie jesteś do tej płyty z góry nastawiony pozytywnie, ciężko poświęcić wiele godzin na dokopywanie się do sedna sprawy. Czy są to pojęcia zamienne… Z grubsza tak, ale jakże odmiennie nacechowane. W każdym razie – nie każdy się z Sólstafir „dogada”, bo to jeden z zespołów budzących wielce skrajne emocje.

G: Ale my ten album lubimy?

A: Oczywiście! Mamy, co prawda, swoich ulubieńców: Ty „Ótta”, ja jej poprzednika, które to ciężko będzie przebić, ale to wciąż bardzo dobra płyta. Wydaje mi się, że zawiera trochę najlepszych momentów w historii Sólstafir, jak i parę najgłębszych mielizn. Po zsumowaniu zachwycony może nie jestem, ale nie mogę także mówić o jakimś zawodzie.

G: Ja w tych mieliznach, a raczej głębinach smutku staram się doszukiwać wspaniałych momentów, to zgrania mocarnie brzmiącej sekcji, to magii w głosie frontmana, jest w czym wybierać, ale słowem klucz dla zrozumienia tej płyty jest nastawienie. Moje jest hurraoptymistyczne i w ten sposób chciałbym zakończyć dywagacje na temat tej płyty. Mało tak jasnych promyków na scenie rockowo/metalowej, więc cieszmy się nim.

Komentowali: Adam Gościniak (A) i Grzegorz Pindor (G)

Zdjęcia: Guðný Lára Thorarensen and Guðmundur Óli Pálmason