SOILWORK – The Living Infinite (Nuclear Blast)

Historia muzyki rockowej zna stosunkowo niewiele przypadków albumów dwupłytowych, które z czystym sumieniem można nazwać udanymi. Z jednej strony mamy bowiem dzieła dogmatyczne, jak floydowski „The Wall”, o których nikt nie odważył się napisać inaczej niż z pozycji kolan, z drugiej wydawnictwa pokroju „Physical Graffiti” Led Zeppelin, na których twórcy chcieli do bólu rozbudować swą muzyczną narrację, lecz gdzieś po drodze poplątali się w tym, co tak naprawdę chcieli powiedzieć. Czy nagrywając pierwszy w historii melodyjnego death metalu podwójny album Soilwork sprostał zadaniu i zdołał nadać nowemu materiałowi nie tylko budzącą respekt formę, ale – przede wszystkim – wypełnić go treścią? Skłonny jestem udzielić odpowiedzi twierdzącej.

 

Porwanie się przez słynących z dość przystępnego traktowania gatunku Szwedów na zadanie – jak by nie było – ambitne nie czyni jednak z „The Living Infinite” galerii osobliwości. Wręcz przeciwnie: bez względu na gabaryty to najbardziej spójna i zwarta produkcja w ich dyskografii. Paradoksalnie, przy najnowszej propozycji Speeda i kolegów dziwolągiem jawi się wydany trzy lata temu „The Panic Broadcast”, po którym ze względu na chwilowy powrót Petera Wichersa oczekiwano również powrotu starego brzmienia. Jak było – każdy, kto tamtą płytę słyszał, wie. Tymczasem mamy wiosnę (przynajmniej kalendarzową) 2013 roku, a Soilwork nadal uprawia melodic deathmetalową parcelę we właściwy sobie, nowoczesny sposób. Jako długoletni fan tej formuły i zarazem zagorzały wróg wszelkich symptomów jej modernizacji podchodziłem do „The Living Infinite” z dużą nieufnością, pomny paru ostatnich nagrań grupy, które atrakcyjne momenty sytuowały między byle jakim technologicznym badziewiem. Kompozycje stanowiące jej zawartość wprawdzie nie wyzbyły się piętna XXI wieku, ani tym bardziej nie gwarantują nam retro-wycieczki do Göteborga lat 90. ubiegłego stulecia, jednak słychać, że tym razem rdzeń nowej muzyki pozostaje klasyczny. Słychać to zwłaszcza w numerach pokroju „This Momentary Bliss” otwartego heavymetalowym tappingiem gitary czy hardrockowo bujającym „Whispers and Lights”. Ich fundamentem jest wyrazisty riff, nie zaś bezmyślne walenie w puste E. Niejako za pewne novum poczytać można Szwedom podniosłe hymny w stylu rozpoczynającego całość „Spectrum of Eternity”, pełnego kompozycyjnego rozmachu i gęstego przepychu: odegrane z werwą blasty akompaniują tu pompatycznemu motywowi przewodniemu oraz równie majestatycznemu zaśpiewowi Björna. Podejrzewam, że wokalne poczynania tego ostatniego zdołały na przestrzeni lat zdobyć tyluż zwolenników, co krytyków, jednak po kilkakrotnym wysłuchaniu „The Living Infinite” trudno nie być pod wrażeniem zaaranżowanych w najdrobniejszym szczególe linii melodycznych, nawet jeśli nie pała się miłością do lekko efekciarskiej maniery lidera. Z drugiej strony, gdyby nie to balansowanie na granicy „estradowości”, album z pewnością nie wygenerowałby tylu potencjalnych hitów. A tak, prócz wszystkich wymienionych dotąd, mamy jeszcze takie murowane szlagiery, jak „Tongue” z dysku pierwszego, czy „Rise Above the Sentiment” oraz „The Parasite Blues” z drugiego, wszystkie sprawiające starannie dopracowanych, a na dodatek rumieniące się kapitalnymi solówkami. Na koniec dostajemy najdziwniejszy w ciągu tych niespełna 90 minut, hipnotycznie ociężały „Owls Predict, Oracles Stand Guard”. Ten utwór to dość intrygujące zamknięcie całości, jakby celowo pozbawione puenty, a generujące napięcie i domysły…

Dziewiąte dziecko Soilwork, pomimo iż z oczywistych względów najdłuższe w dotychczasowym dorobku zespołu, oferuje jego esencję, jednocześnie zgrabnie pomijając to, co drażniło w poprzedniczkach. Wyjątkowo trafiony wydaje się nawet sam tytuł „The Living Infinite”, bo obszerny, wydawać by się mogło – nieskończony materiał cały czas tętni żywymi pomysłami i ujmuje energią. Wracając na koniec do postawionej na początku tezy o rzadkim powodzeniu dwupłytowych projektów, podważę ją nieco, bo choć zjawisko udanego podwójnego albumu wciąż jest rzadkością, to w ostatnich latach znalazło się parę wyjątków od tej reguły, by wspomnieć choćby o „Svartir Sandar” Sólstafir czy „Yellow and Green” Baroness. Nowe dzieło Soilwork nie jest co prawda czymś równie wyrafinowanym jak te tytuły, lecz nie jest też pozycją banalnie tanią. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale jadący ostatnio na twórczych oparach In Flames mają solidną lekcję do odrobienia.

Cyprian Łakomy

Pięć