SOFY MAJOR – Idolize (Solar Flare Records)

Dawno nie zaglądaliśmy do królestwa zwanego noise rockiem. Królestwa, które po latach raczej chudych nie narzeka ostatnio na brak mieszkańców. Kolejnym zespołem, który w tej niszy czuje się całkiem nieźle i lubieżnie wypina się na wszystkie, nowoczesne wynalazki, jest francuskie trio Sofy Major, promujące właśnie wielce udaną, drugą płytę „Idolize”.

W pewnym sensie Sofy Major jest nieodrodnym dzieckiem ostatnich lat, co przejawia się w przeniesieniu punktu wyjścia swoich poszukiwań na hardcore’owy cios. Taka jest ta płyta. Bardzo masywna, potwornie głośna i napakowana agresywnymi, gruzowatymi riffami. Czyli nic nowego. Pierwszym elementem, który stanowi o sile zespołu jest brzmienie. Dość typowe dla starych płyt złotej epoki noise, dlatego dzisiaj tak bardzo pożądane. Chce mi się śmiać, kiedy pomyślę, że jeszcze kilka lat temu szczytem finezji było podpinanie do wszystkiego triggerów i produkowanie pstrykającego, maksymalnie syntetycznego brzmienia. Dzisiaj każdy, począwszy od Cannibal Corpse a skończywszy na punkach z Przychodni chce mieć nagrania brudne, analogowe, zasyfione i maksymalnie naturalne. Producenci triggerów płaczą krwawymi łzami a sprytni oldskulowcy cieszą się, że kiedyś nie wyrzucili starych Tascamów na śmietnik. „Idolize” najlepiej punktuje porównanie do jedynki Shellac. Zresztą, pewne rozwiązania z tej płyty wyraźnie świadczą o tym, że zespół uważnie „At Action Park” przesłuchał („Aucune Importance” czy „Steven The Slow”). Jest przerażające brzmienie prującego flaki basu, od czasu do czasu gitarzysta po lizardowemu się przyczai („Umpkk pt. 2”, „Slow and Painful”), a nawet potrafi zinterpretować bluesa w najciekawszym na płycie, surowym, niemal staroświeckim „Seb”. Dominuje jednak przede wszystkim agresywny, połamany matematycznie rock/hc, zaaranżowany bez fajerwerków z naciskiem na okrutną agresję. Miejscami wydaje mi się, że jednak trochę przesadzają z napieraniem, bo kilka dodatkowych oddechów dałoby płycie jakże potrzebnej przestrzeni. I tu, jak już gdzieś wyżej wspomniałem, kłania się raczej hardcore’owe potraktowanie noise rockowej materii. Ma być gęsto i bezkompromisowo. To akurat odróżnia Francuzów od Kanadyjczyków z KEN mode, którzy pojęli, na czym polega balansowanie dynamiką. Muszę wyróżnić za to sprawnie pompującą sekcję rytmiczną, mocno osadzoną w transowym, motorycznym szkielecie („Bbbbreak”), nadającą muzyce odpowiedni kierunek.

Jeśli w 2013 roku mam katować uszy hałasem, wybieram albo ultra techniczny death, albo takie właśnie nowo – stare wynalazki. Wprawdzie dzisiaj odkrywanie noise’owego dziedzictwa nie jest już niczym oryginalnym, ale nadal, kiedy napotykam na drodze taka grupę, skacze mi adrenalina. Ta reakcja świadczy najdobitniej o tym, jakim fenomenem jest noise. W każdej postaci.

Arek Lerch

Cztery i pół