SODOM – Decision Day (Steamhammer)

Zespoły parające się muzyką, która raczej narząd słuchowy nadwyręża, niźli koi, dzielimy z reguły na dwie grupy: te, które zaskakują, wprowadzają w konsternację, nie stoją w miejscu, z każdym kolejnym materiałem robią krok naprzód i na takie będące od lat ostoją i gwarantem dobrej/złej (niepotrzebne skreślić) jakości. No, a rzecz w tym, że legenda thrashowej rzeźni, czyli niemieckie Sodom, zalicza się raczej do tej drugiej grupy. Sami spójrzcie – od wydanego 10 lat temu krążka „Sodom” chłopaki konsekwentnie łoją sobie w najlepsze, krzeszą riffy niczym pilarka spalinowa, Tom Angelripper (którego chyba spokojnie można ochrzcić tytułem niemieckiego Lemmy’ego) pokrzykuje o takich fajnych rzeczach jak chociażby wojna czy ludobójstwo, a machina stoi w miejscu. Nienaruszona przez nikogo.

Już po samym obrazku zdobiącym 15. (!) longplay naszych zachodnich sąsiadów, widać że Sodom to trwała marka; a kto szuka rewolucji, ten po prostu trafił pod zły adres. W sumie dobrze. Z całej Big Teutonic Four to Sodom dalej oferuje dokonania, które prezentują wysoki poziom. Tak, wiem – rutyniarstwo, kasa itd., no ale rzućcie okiem na takie Destruction. Czy wymuszone do bólu krążki wydane po świetnym „The Antichrist” mają choć odrobinę tej energii i nieposkromionej dziczy, za które wszyscy tak cenimy thrash metal? Pytanie retoryczne… No to może Kreator? Niby fajnie, agresywnie, do przodu. Niby. Niestety, lecz ciężko mi przebrnąć przez ich jakikolwiek album zrobiony w tym wieku. Może poza „Violent Revolution”. Problem leży w tych rozwodnionych wariacjach na temat szwedzkiego, melodyjnego death metalu. Niby nie czepiam się liryk, ale kto nie krztusił się ze śmiechu, kiedy Petrozza w kapturze zapamiętale krzyczał: „terror from the left/terror from the right”?Sodom

A „Decision Day” to nic innego, jak thrash. Thrash, w którym przemoc, wojna i pogarda do bliźnich są na pierwszym miejscu. No i tak od 10 lat, ale mówią, że wszystko może się znudzić. Niestety, lecz najnowszy materiał Sodom stoi już w złym punkcie. Wyczerpanie formuły, kończące się pomysły. Ta płyta naprawdę ma momenty. Rozpędzone „Belligerence” czy „Caligula” to całkiem fajne, dynamiczne utwory. „Vaginal Born Evil” cieszy punkową agresją i solidnie dawkowanym patosem. Ale co z resztą? Tą niezbyt przejmującą, do bólu przewidywalną resztą? Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że thrash ma kopać w twarz, nie urzekać mnogością środków wyrazu, lecz… serio? Czy nie można zrobić tego z takim impetem, jak Death Angel? Z taką dawką piekielnego szaleństwa na miarę Destroyer 666? Z gniewem i wkurwieniem, których pełno na debiutanckim Ragehammer? Szkoda, ale cóż poradzić. Tomek już młodszy nie będzie…

Łukasz Brzozowski

Dwa i pół