SLIM CESSNA’S AUTO CLUB – The Commandments According To SCAC (SCAC Unincorporated Records)

Jay Munly wielkim poetą był. Czy takie mądrości będą kiedyś wpajane młodym umysłom w szkołach? Śmiem wątpić. Choć bez wątpienia byłby to przejaw jakiegoś niezwykłego rozkwitu obyczajów. Skupmy się jednak na teraźniejszości… Nowa płyta SCAC rewolucji nie przynosi, lecz tylko szaleniec by za takową tęsknił. Tak, w sytuacji, gdzie prawie każde dokonanie grupy w mniejszym czy większym stopniu ociera się o geniusz, niecierpliwie wyglądać zmian nie sposób.

W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że ostatnie albumy kolektywu dowodzonego przez Slima Cessnę nie wytrzymywały ostatecznie porównań z fantastycznym „Cipher”. A patrząc pod jeszcze innym kątem: solowa twórczość Munly’ego zawsze uważana była za zdecydowanie bogatszą, pełniejszą, bliższą absolutu niż płyty SCAC, który to, owszem, nazywano scenicznym żywiołem, jednym z najciekawszych zespołów mieszczących się w pojemnej szufladzie z napisem „country”, bytem z licznymi przebłyskami, ale w ostatecznym rozrachunku „zaledwie” solidnym. Ja sam z takimi stwierdzeniami się nie zgadzam. Świetny koncert na tegorocznym Asymmetry tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że to grupa nieprzeciętna. Choć przyznaję, mała doza niepewności jednak gdzieś tam się czaiła… niepotrzebnie, na szczęście.
To album więcej niż solidny, więcej niż dobry. Co charakterystyczne, momenty geniuszu są obecne w ilościach większych niż śladowe, ale porozrzucane w sposób raczej niedbały, tu i ówdzie. Nieoczywiste. Pochowane. Nierzadko nie do wychwycenia przy pierwszym czy drugim odsłuchu. Znikające i znów pojawiające się bez zapowiedzi. Ot, taki już urok zespołu z Kolorado.SCAC

I jest inaczej, niż jeszcze kilka lat temu. Bo SCAC znajduje się w zupełnie innym miejscu – brzmieniowo, personalnie, czysto muzycznie niż chociażby za czasów tego sławetnego „Cipher”. Pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne, przede wszystkim specyficzne artystyczne napięcie między Cessną a Munlym. Są jak dwa nieokiełznane żywioły, jak ogień i woda. Szczególnie dobrze słychać to w „Commandment 3”, gdzie sympatyczny Jay brzmi niczym jakiś, nie przymierzając, wytrawny raper wyśmienicie bawiący się swoją muzyką. Wypada beztrosko gdzieś na pobocza rytmu, by zaraz „wbić się” w niego z powrotem ze zdwojoną siłą. To przykazanie jest zresztą jednym z najbardziej przebojowych spośród całej dziesiątki, brzmiąc przy tym bardziej, jak zaginiona piosenka projektu The Lupercallians, niż typowy utwór Slim Cessna’s Auto Club. Takich pozycji jest tu więcej, co stanowi jasny dowód na to, że na przestrzeni lat Munly stawał się dla zespołu postacią coraz istotniejszą, a obecnie jest wręcz główną jego siłą twórczą. Tak naprawdę, to bardzo zróżnicowany album. Znalazło się na nim miejsce i na quasi-indiańskie zaśpiewy („V”), i na tematy nieco mroczniejsze, szybsze, okraszone fantastycznymi refrenami („II”, „VII”), a wstęp do „VI” przywodzi mi na myśl… Ryczące Dwudziestki. To nie moja wina… Natomiast jeśli kiedykolwiek zachodziliście w głowę, jak mogłaby wyglądać kolaboracja Munly’ego z Mike’m Pattonem, koniecznie sprawdźcie „Commandment IX”, który ze zwiewnej, niezobowiązującej przyśpiewki niespodzianie ewoluuje w jedną z najlepszych pozycji płyty, epatując gęstym, lekko „pattonowskim” właśnie, klimatem.

A co z tymi, którzy na słowo „country” dostają ataku wysypki? I dla nich jest nadzieja. To bowiem tylko punkt wyjścia, korzenie, których wyrzec się nie da. Natomiast twórczość SCAC cechuje otwartogłowość, ekumenizm, umiejętność tworzenia unikalnego klimatu za pomocą ekscentrycznego instrumentarium. To country w nich jest, bo być musi. Siedzi głęboko. Kiedy śpiewają, że ich domy zostały ograbione, gdy oni sami pracowali w polach, ja im wierzę. Bo jak tu nie wierzyć. I trochę spoważnieli. Przebija przez tę muzykę melancholia. Ale w tym smutnym płaszczyku też im dobrze, bo ładnemu we wszystkim ładnie. Tak mówią. Jedna z najlepszych płyt, jaką było mi dane usłyszeć w mijającym roku.

Adam Gościniak

Pięć