SKINLESS – Only the Ruthless Remain (Relapse)

Powroty do życia to niezwykle trudne przedsięwzięcia. Niektórym wychodzą lepiej, innym gorzej, a niektórzy wolą dać sobie na zawsze spokój z życiem doczesnym. Tym razem o powrocie legendy będzie mowa, do życia muzycznego oczywiście. Death metalowi weterani ze Skinless ponownie zabierają się za praktykowanie muzycznego horroru. Czy rzeczywiście miłośnicy ekstremalnych brzmień potrzebowali tego zmartwychwstania?

Skinless podziwiam przede wszystkim za wytrwałość; mimo wielu perturbacji w szeregach, prób rozwiązywania i ponownego stawiania na nogi, grupa od 17 lat pragnie zaciekawić słuchacza swoimi osobliwymi umiejętnościami. I muszę przyznać, że skubańcom ponownie ta sztuka się udała. „Only the Ruthless Remain” to powiew czegoś świeżego, a zarazem nieznośnie stęchłego. Zdaję sobie sprawę, że to też po części działania marketingowe w przypadku takich marek jak Skinless no i Relapse Records przekładają się na wygląd albumu. Bo przecież dziewięcioletnia przerwa między albumami to spore wyzwanie dla grupy. Rodzi się pytanie, jak tu zaskoczyć słuchacza, by jednocześnie przypomniał sobie czym Skinless jest, a także, a może przede wszystkim – by odkrywał zespół na nowo.

Skinless ustawiło szalę ekspresji na równi, to znaczy, że jednocześnie zwolennicy brudniejszych brzmień jak i ci doszukujący się dozy świeżości powinni czuć się uradowani. Choć zdecydowanie dla tych pierwszych grupa przygotowała najciekawszą część spektaklu. To co od zawsze wyróżniało Skinless na tle innych śmiercionośnych brygad, opierało się na umiejętności łączenia brutalnej agresywności z hardcore’ową przystępnością. Jest tak i dzisiaj; nawałnica perkusyjnych uderzeń i rozbudowanych, gitarowych palcówek doskonale wygląda na wybiegu idąc w parze z palm mute’owymi przejściami i bujaną rytmiką (dobitnie to potwierdza „Flamethrower”). Kolejnym pozytywem jest brzmienie – nienaruszone, jakby celowo nasuwające sentymentalne skojarzenia z czasami, kiedy to nie potrzebowano zbytniej ingerencji komputera by brzmieć brutalnie, a przy tym szczerze. Pojawiają się nawet partie czystego śpiewu jak w przypadku numeru „Skinless” i co ciekawe, w żaden sposób nie zaburzają brutalnego usposobienia grupy. Skinless ciągle poszukuje, a to mnie cieszy, nie zamyka się na różnorodne formy wyrazu, a to dobrze wróży na przyszłość.PromoImage

No właśnie, à propos przyszłości. Powrót Skinless to wydarzenie niezwykle istotne dla środowisk muzycznej ekstremy. Zespoły w dzisiejszych czasach albo prześcigają się na podłożu awangardy, starając się być jeszcze bardziej dziwnym tworem niż inny, albo w formie opozycji zwracają się ku tradycyjnym, wręcz pierwotnym, death metalowym strukturom. Skinless ma jednak gdzieś jakiekolwiek wychodzenie przed szereg. Zna swoją wartość i ją bezpardonowo afiszuje, jest sobą w tym co robi, a że robi to dobrze, pozostaje się tylko cieszyć.

Adam Piętak

Cztery i pół