SIX FEET UNDER – Undead (Metal Blade)

Historia SFU dowodzi, że karierę można zrobić grając muzykę prostą jak budowa cepa. Ba, można ją świetnie sprzedać i czerpać z tego tytułu niezłe profity. Chris Barnes, głębokie gardło death metalu, coraz bardziej zamulony konopiami, ostatnimi czasy nie popisał się zbytnio, bo wydany cztery lata temu album „Death Rituals” był, delikatnie rzecz ujmując, taki sobie. Zresztą, kto od tej ekipy wymagał czegoś odkrywczego? Dlatego nowe dzieło SFU troszkę – jednak – mnie zaskoczyło.

Działalność SFU zamyka się dla mnie na naprawdę niezłym albumie „13”, na którym zespół skierował się w stronę metalcore’a (przynajmniej w 2005 tak mi się wydawało…), zaś następne lata to powolne osiadanie na muzycznej mieliźnie, zwieńczone niemal czteroletnią ciszą wokół zespołu. Może sami doszli do wniosku, że coś się skończyło? Świadczy o tym także fakt zmian w składzie, dość radykalnych zresztą. Z zespołem w 2011 roku pożegnała się wieloletnia sekcja rytmiczna Terry Butler/Greg Gall, zaś na krzesełku perkusisty zasiadł nie kto inny jak turysta Kevin Talley. Nawet nie chce mi się liczyć ile zespołów ów pałker zaliczył w minionej dekadzie, przyznam jednak, że „Undead” z jego udziałem jest pierwszą płytą od czasu „Destroy the Opposition” Dying Fetus z 2000 roku, na której jego talent  poderwał muzykę do lotu. I to właśnie w jego osobie upatruję źródło zdecydowanie zwyżkującej formy Six Feet Under. Na „Undead” nastąpiło zderzenie typowych, zamulonych i sunących przy samej ziemi riffów (inna sprawa, że w kilku miejscach też całkiem niezłych) z dynamiczną i miejscami kreatywną grą Kevina. Oczywiście, w ramach stylistyki. Dzięki takiemu zabiegowi numery są ciekawsze, żywsze i potrafią nieźle zakręcić słuchaczem.  Zawsze lubiłem te wolniejsze tematy, bo w nich SFU potrafił zmiażdżyć;  teraz do tej miazgi dochodzi ciekawa robota Kevina, który wyraźnie bardzo dobrze czuje się w takich klimatach, zadając kłam stwierdzeniu, że tylko blasty w jego wydaniu są gutt. A tych także tu nie brakuje.

Nie będę się pastwił nad poszczególnymi kawałkami, bo trudno znaleźć w nich coś szczególnie nowego poza wspomnianą, odświeżoną formułą. Tej płyty po prostu dobrze się słucha, jako takiego old schoolowego, sprawnego death metalu, zagranego  na konkretnej dawce amfetaminy. Tylko sam Barnes pozostaje ortodoksyjnym krzykaczem, poruszając się w sobie tylko znanej czasoprzestrzeni. Kto zresztą oczekuje z jego strony zmian? Ja na pewno nie. Six Feet Under powrócił z dobrą płytą i oby Talley zbyt szybko nie  odkrył, że już mu się znudziło.

 

Arek Lerch