SIX FEET UNDER – Unborn (Metal Blade)

Klasyczny death metal od dawna mnie nudzi… Nie ma co ukrywać, znalezienie załogi, która z esencji tej muzyki potrafi wyciągnąć coś swojego jest tak prawdopodobne jak brak biurokracji w Polsce. Death metal przestał być kontrowersyjny, stał się też profesjonalny i w efekcie – przewidywalny. Przykładem takiej ewolucji jest, a raczej był Six Feet Under. Rozpoczęli godnie, bo druga płyta „Warpath” (97) i jej następczyni „Maximum Violence” (99) były całkiem udanymi porcjami przyjemnie topornego hałasu. Potem było coraz gorzej, aż wreszcie wydany w 2008 roku „Death Rituals” przesłuchałem gdzieś do połowy jednym uchem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy usłyszałem „Undead” (2012) – dzisiaj wiem, że to był jedynie przedsmak tego, co nas czekało.

Nigdy nie sadziłem, że kiedyś napiszę o tej ekipie coś takiego. Six Feet Under nagrał prawdopodobnie najlepszy, death metalowy krążek tego roku. Tak doskonałego, zrównoważonego a jednocześnie chwytającego za jaja albumu powinni zazdrościć ekipie Barnesa wszyscy adepci śmiertelnej sztuki. Pewnie duże znaczenie ma tu fakt, że w zespole doszło do poważnych roszad – pojawili się nowi gitarzyści (Ola Englund i basista Jeff Hughell, znany z Vile i Brain Drill) a za garami zasiada od jakiegoś czasu znany z Chimairy czy Dying Fetus (i stu innych zespołów…) Kevin Talley. W takim, dość niecodziennym składzie SFU popełnili krążek „Unborn”, który okaże się dla nich nowym otwarciem. Cóż w nim takiego rewelacyjnego?

Przede wszystkim zespół w bardzo fajny sposób odczytał klasyczne dla niego, toporne mielenie. To, co dotychczas było po prostu „dołem”, teraz nabrało niesamowitej finezji. „Prophecy”, „Incision” czy „Inferno” to najlepsze przykłady. Lekkie podkręcenie pracy bębnów, grających teraz lepszą synkopę spowodowało, że kawałki podrywają do życia nawet umarłego. Rytm jest tu organicznie zsynchronizowany z biciem serca, niemal od razu łapiemy „tempo”. Praktycznie cała płyta jest napakowana po brzegi takimi groove’ami. Tyle, że tym razem, w odróżnieniu od poprzednich krążków, wszystko pulsuje, jakby instrumenta obsługiwali czarnoskórzy muzykanci z NY. Z drugiej strony zespół zadbał o aranże – nie ma utworu, w którym nie działoby się coś ciekawego. Mamy psychodelicznie rozbudowany „Neuro Osmosis”, rozjechany „The Sinister Craving”, który aż puchnie od zmian klimatów, jest wreszcie najdłuższy na płycie, wolno toczący się „The Curse of the Ancients”, gdzie zespół rozgrywa wszystko w bardzo nietypowy, rockowy niemal sposób. Co ciekawe, znaleźć w tych numerach można sporo zdecydowanie nie – deathmetalowych riffów… Klasą samą w sobie jest wściekły, chuligański thrash „Zombie Blood Curse” – jak nie SFU… Grupa do minimum sprowadziła blasty, które pojawiają się ze trzy razy (np. w „Alive to Kill You” czy „Decapitate”), raczej jako dodatek i przyprawa a nie danie główne. Brzmi to tak, jak gdyby zespół zatrzymał się i postanowił powyciągać ze swojej kariery najlepsze pomysły. W powietrzu unosi się nieco hardcore’owy klimat – tu możemy natknąć się na nietypowe – w kontekście dotychczasowych dokonań – riffy i sposób interpretacji partii gitarowych. Co i rusz twarde akcentowanie porzucane jest na rzecz nieco bardziej eksperymentalnego, otwartego wydobywania dźwięku z sześciu strun. Ortodoksyjny pozostaje jedynie Barnes, wydając z siebie przepalony marihuaną ryk, ale akurat od niego nie oczekuję niczego ponad to….

Długo zastanawiałem się nad tym, co napisałem, czy aby nie przesadzam, jednak po wielu przesłuchaniach dochodzę do wniosku, że SFU udało się stworzyć muzykę doskonale wyważoną, harmonijną i stylową; aż dziw bierze, że tyle lat kazali czekać na erupcję talentu. A może po prostu Chris dał nowym kolegom wolną rękę? Nie wiem, nie interesuje mnie to; ważne, że od tej płyty nazwę Six Feet Under znowu można wymawiać z szacunkiem. Cieszy mnie, że podupadający zespół potrafił w takim stylu się podnieść i zagrać wszystkim na nosie.

Arek Lerch

Sześć