SIX FEET UNDER – Torment (Metal Blade)

Kiedy kilka miesięcy temu gruchnęła wieść, że Six Feet Under już na dobre rozpoczęli prace nad następcą “Crypt of the Devil”, pytałem sam siebie: po co? W jakim celu ekipa Barnesa ma komponować materiał na jeszcze jeden krążek? Dla kogo? Antyfanów nie mają, takoż i wielbicieli. Są przecież uznawani za naczelnych błaznów death metalu, których nie wypada brać na poważnie. Zwłaszcza po książkowej profanacji przebojów gwiazd rockowo-metalowego światka na czterech częściach “Graveyard Classics”, grupa zwyczajnie stała się bardziej obiektem docinek i żartów ze strony wielbicieli death metalowego rzemiosła, niż kultowym zjawiskiem. Przeczuwam, że premiera “Torment” raczej nie zmieni tego stanu rzeczy.

Chciałem napisać, że nowa propozycja Six Feet Under w prostej linii kontynuuje sznyt obrany na poprzedzającym ją “Crypt of the Devil”, ale byłoby to drobnym niedopatrzeniem. Przecież w tym zespole, mimo licznych roszad personalnych, od zawsze chodzi o to samo. Ma być death metal podparty toną nachalnego groove, co w efekcie daje naiwnie, proste piosenki. Jeżeli są na kuli ziemskiej tacy, którzy oczekiwali właśnie takiej kotłowaniny dźwięków od Amerykanów, na “Torment” odnajdą całą masę, jak zawsze zresztą, począwszy od debiutanckiego “Haunted”. Najnowsza płyta Six Feet Under to właśnie taki swobodny lot nad death metalem i groove. Chris Barnes już dawno temu z króla pożogi w – nomen omen – death metalu przeistoczył się w aż nadto wyluzowanego przyjemniaczka z dredami, więc “Torment” – miast jadu sączonego ze strun głosowych, obficie serwowanego na pierwszych albumach Cannibal Corpse – oferuje jedynie monotonny bulgot. Oczywiście, bulgot, któremu daleko do precyzji Glena Bentona, raczej zrezygnowany wrzask, jaki mogłoby wykrzesać wielu młodszych od Chrisa śpiewaków ze znacznie lepszym efektem. Nie żebym wymagał od Barnesa rewolucji i gimnastyki na każdym kroku, ale coś ponad imitowanie birbanta w alkoholowym ciągu i okazjonalny skrzek z pewnością wpłynęłoby na “Torment” korzystnie. six-feet-under

Równie miałko, co warstwa wokalna wypada także warstwa instrumentalna płyty, co nie stanowi nowości w szeregach Six Feet Under. Mimo kilku ciekawych nazwisk odpowiedzialnych za szarpanie strun w składzie, na żadnym z krążków grupy nie dostrzegłem zapadających w pamięć riffów. Samą skoczną motoryką, która momentami przynosi groteskowy efekt w zestawieniu z wokalem Barnesa, nie wszystko można zdziałać. Czasami Six Feet Under zagęszczonym do granic możliwości rytmem wzbijają się na szczyty opętańczych prędkości, ale potrafią też nachalny groove zastąpić motywami przywodzącymi na myśl hard rocka. Wprawdzie hard rocka w formie niezbyt zabawnej parodii, ale jednak. Niestety, nic mi z tego, skoro z pozoru intrygujące rozwiązania nie niosą za sobą niczego, prócz nerwowych spojrzeń w stronę zegarka celem dowiedzenia się, czy jeszcze długo przyjdzie mi zmagać się z “Torment”.

Teoretycznie, nie miałem względem Six Feet Under większych oczekiwań, by nie powiedzieć żadnych. Mimo tego, w mojej głowie kiełkowały ziarenka nadziei, że Barnes z kolegami w końcu wzięli się w garść i stworzyli intrygujące dzieło. Przeliczyłem się. Wystarczy tylko spojrzeć na tę okładkę…

Łukasz Brzozowski 

Dwa