SIX FEET UNDER – Crypt of the Devil (Metal Blade)

Ci to są niezmordowani. Jedenasta płyta w dyskografii, hektolitry piwa i tony ziela zaliczone, mir wśród maniaków death metalu jest. Żyć nie umierać. Z jednej strony nie podchodzę do nowej płyty najbardziej zamulonego wokalisty świata z jakimikolwiek oczekiwaniami czy emocjami, z drugiej strony, dobrze, że istnieją, bo gdzieś tam ciągle zapotrzebowanie na takie nieskomplikowane i prosto z trzewi granie jest i raczej zawsze będzie. Ale trzeba też pamiętać, że poprzednią płytą Unborn zespół masakrycznie podniósł sobie poprzeczkę, co z dzisiejszej perspektywy jest tyleż zaskakujące co dla wizerunku niekorzystne…

Pewnie co poniektórzy pamiętają mój zachwyt nad „Unborn”. Przyznam, że do dzisiaj nie rozumiem, co wtedy w Six Feet Under wstąpiło, czy faktycznie była to zasługa Kevina Talley’a, który swoim bębnieniem wyciągnął zespół spod ziemi, i pozbawił trupiego nalotu. Tak czy inaczej, płyta ta pozostanie dla mnie najlepszym dokonaniem SFU, choć przyznam też, że z dzisiejszej perspektywy jest to chyba najbardziej nietypowe wydawnictwo, jakie wypuściła ta ekipa. Bo miejsce SFU jest w krypcie i tam czuje się najlepiej. Pewnie dlatego po flircie z czymś ambitniejszym znowu uciekł pod ziemię.

Najnowsze dzieło to oczywiście – jak mogło być inaczej – zmiana na stanowisku pałkera. Talley dał nogę, bo z każdej formacji ucieka pod jednej – dwóch płytach, taki już jego urok. Nowy fizyczny Josh Hall (Cannabis Corpse), który pracował z zespołem w tylko w studiu (na koncertach gra Marco Pitruzella, człek-maszyna, tłukący piekielne tempa i gravite blasty chociażby w Brain Drill czy The Faceless), dwoi się i troi, ale jakby nie patrzeć, nie posiada takiego feelingu jak poprzednik-dezerter. Przebiera łapami i kulasami sprawnie, szybko, ale maksymalnie kwadratowo. W pierwszym momencie chciałem napisać, jak bardzo mnie ta płyta rozczarowała, jednak po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że w zasadzie taki toporny puls… to jest właśnie oczekiwana esencja. Wprawdzie jest tu trochę niepotrzebnych, szybszych nawalanek, ale zespół na swoje szczęście, skupia się na rzeczach wolnych, mieląc zawzięcie ziemię. W dodatku zadbał też o w miarę rozbudowane aranżacje, tworząc płytę, która w swojej klasie wyłomu nie czyni, ale może się podobać. Dużo dobrego dzieje się w warstwie gitarowej, czasami pojawiają się klasyczne heavy solówki, czy zróżnicowane brzmienia instrumentu. W sumie, SFU stworzył materiał, który może stanąć obok zapleśniałych klasyków w stylu „Maximum Violence”. Nie sądziłem, że są w stanie poradzić sobie nie tylko ze swoją przeszłością, ale i wysoko podniesioną poprzeczką. Rzecz jasna – wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie klasycznego, rzeźnickiego i w-żaden-sposób-nie-odkrywczego death metalu, w którym powiedziano już wszystko. Skoro chcieli zrobić krok w tył – ich sprawa. Chrisa Barnesa pomijam, niech sobie siedzi w swoim świecie, złożonym w 90% z THC i niech wydaje z siebie coraz bardziej zamulone bulgoty. Pasuje? Pasuje.SFU band

Takie zespoły jak Six Feet Under są w pewnym sensie potrzebne, bo uosabiają atawistyczne skłonności metalowej braci, oddając im usługi na polu wydobycia pierwotnych instynktów (krótko: wyżycia się). A jeśli robią to jeszcze z całkiem niezłym pomysłem, to niech sobie tam żyją. Niech zatem i SFU egzystuje ku naszej uciesze, póki ziele całkowicie nie odbierze Chrisowi pamięci.

Arek Lerch

Trzy i pół