SINISTER – Syncretism (Massacre Records)

Klasyczny death metal bez ozdobników zupełnie nie przystaje do dzisiejszych czasów. Nie powinno to dziwić nikogo; na playliście i w płytotece współczesnego fana ekstremy dominuje przede wszystkim black metal z cokolwiek eksperymentalnym podejściem. Pola nie ustępuje mu obdarty ze wszelkich ornamentów stoner metal, warto wspomnieć o retro-rockowych kapelach, które już na wysokości debiutanckich płyt zdobyły całkiem pokaźną (jak na ówczesny, krótki staż) gromadę fanów. Mimo wszystko, podchodzę do tego z dużą rezerwą, pamiętając, w jaką abominację wyewoluował gotycki metal, o symfonicznych mariażach z black metalem już nie wspominając. Na tle tych ciekawostek, śmierć metal jawi się jako byt stabilny, od dawna lokujący się w okolicach drugiej ligi pod względem popularności, ale zawsze dosadny i uroczo bezpośredni. Taki, jak Sinister.

Holenderscy fascynaci truchła i ekskrementów niemal od zawsze grali  w niższych klasach gatunku. To nieco pechowe położenie najprawdopodobniej wynikało z podejścia Sinister do death metalu. Kiedy Morbid Angel, Death czy Immolation stale szukały i próbowały, krajanie Pestilence łupali tak, jak im w sercach brzmiało. „Syncretism” bynajmniej nie zwiastuje rewolucji w stylu niegdysiejszych podopiecznych Nuclear Blast, raczej dobitnie potwierdza, że kwartet już dawno temu zrobił swoje i nie zawraca sobie głowy kompozycyjnymi modyfikacjami. Krótko mówiąc: wielbiciele klasycznej, śmiercionośnej łupanki z pewnością odbiorą ten krążek pozytywnie; przy obowiązkowym rytuale, na który składają się hektolitry wypitego piwa z popularnego dyskontu i gimnastyka szyi praktykowana poprzez wykonywanie nią prędkich ruchów góra-dół. Z pewnością zaliczam się do tej grupy, gdyż seria ciosów daleka od wyrafinowanych rozwiązań łechce mnie wyjątkowo intensywnie. Na „Syncretism” Holendrzy grają po staremu i tyczy się to zarówno ichniejszej stylistyki, jak i przedstawienia death metalu, który to ukazano w najprostszej z form, pozbawiony wszelkich technicznych nowinek czy wycieczek w rejony zarezerwowane dla jazzmanów. Sinister na swoim 13 (!) krążku przyciska pedał gazu do samego końca; blast pogania blast, riffy świdrują w tempach godnych bolidów Formuły 1, a Aad Kloosterwaard zgrabnie wrzeszczy na przecięciu zaciekłego bulgotu i wypluwania słów z prędkością światła. Co prawda Sinister wypracowali swój styl już na debiutanckim „Cross the Styx”, ale z racji mocno archaicznego charakteru muzyki, nie ustrzegli się cytatów z death metalowych tytanów bądź pewnych patentów, które mogą budzić z nimi skojarzenia. Dla przykładu: pierwszych kilkanaście sekund „Dominance by Acquisition” brzmi zupełnie jak transport wehikułem czasu do roku 1994 i „Stripped, Raped and Strangled” Cannibal Corpse. Ponadto, w riffach wyraźnie odczuwalny jest duch pierwszych dokonań Immolation czy Morbid Angel, ale czy to coś złego? Sinister

Sinister nagrali album, który nie wprowadza żadnych znaczących zmian do własnej twórczości, a co dopiero death metalu jako takiego. Ale to dobrze. Potrzeba mi było takiego bezpardonowego strzału w twarz bez pytania i półśrodków. Holendrzy wywiązali się z zadania lepiej, niż solidnie.

Łukasz Brzozowski 

Cztery