SIGUR ROS – Kveikur (XL Recordings/Sonic)

Ros. Jedna z bardziej wziętych dziewcząt w klasie. Lubiana, ładna, zbyt ładna, nie dla Ciebie. Drażniła jej doskonałość, której nie przeszkadzała bliskość bytów tak niedoskonałych jak Ty. Nie żeby to Cię szczególnie obchodziło, ale w tych nielicznych chwilach pragnienia przynależenia do klasowej czołówki uważałeś, że wizja pokazywania się z nią byłaby bardziej pociągająca, niż ona sama. Inny świat, na pewno nie Twój. Takie buty… Nastała jesień.

Ros – dziewczyna z dobrego domu. Higieniczna oszczędność wyrazu, post-rockowy, eteryczny look. Falsetowy Jonsi-głos i gitara, której nie ma, sample, które milkną. Stała „Takk” dotąd w prawie-ciszy, a żaden z windowych nożowników nie zwracał na nią uwagi. A może po prostu nikogo tam nie było… Dowiedziałeś się kilka dni temu, że w Twojej dzielnicy mieszka ciotka Ros. Odwiedziła ją wczoraj. Płaskie, ciężkie buty, zwykła kurtka, tym razem ostry makijaż. Od kilku godzin na mrozie mijałeś ją na klatce schodowej. Wreszcie gdy wyszła, wyglądała zupełnie inaczej w geometrii Twojego niszczejącego kawałka miasta. Nadałeś jej nowe, Wasze imię – Kveikur.

Ros stroniła od ognia, ale dzisiaj zdradziła Ci, że od zawsze kręcił ją zapach benzyny i siarki. Nigdy nie miała zamiaru rywalizować z klasowymi łobuzerkami lecz tej nocy to Ala Jourgensen i Renata Reznor rozdziawiały buzie, widząc Kveikur i Ciebie, razem. Doszliście do złomowiska.

Rękoma, które dotąd widziałeś jedynie w zmaganiach z jej niesforną grzywką, zaczęła giąć blachy; udawała dźwięk zacinającej się płyty. Podniesionym głosem opowiadała o końcu świata i gniewie bożym. Nieewangelicznie, bez złości i smutku. Bo była to nadal ta słodka Ros z czasów, gdy klasowi snajperzy namierzali Twój ortalionowy dres. Pomimo większej ekspresywności ruchu, wciąż starannie dobierała słowa, które jednak tym razem nie były tylko kurtuazyjnym „no heja” wydobywającym się z głowy osadzonej na pastelowym manekinie. Każde jej słowo brzmiało teraz mocniej, sugestywniej, chociaż żadnego z nich nadal nie mogłeś zrozumieć. Przepadła gdzieś cisza, którą kiedyś uznawałeś za „dobry początek” Waszej nieznajomości („Agaetis Byrjun”). Teraz rupiecie rozpadającego się świata, choć złożone ludzką ręką, wydawały się tworzyć wreszcie dostrzegalne formy krajobrazu („Isjaki” – Góra lodowa), a stalowe trampoliny z porzuconych wraków aut wygrywały wreszcie słyszalną burzę („Stormur”). Na osiedlowym złomowisku czas rządów rdzy i Lorda Humungusa dobiegał końca. Wystarczyło tylko trochę więcej optymistycznego hałasu i uderzająca świeżość tego miejsca sprawiła, że wyraźnie usłyszałeś jego muzykę: neofolkowe dzwonki, gitarę elektryczną muskaną smyczkiem, głosy wypowiadane wspak, ukryte pod ziemią basy dekonstruujące litosferę. Chciałeś podarować tej chwili coś równie pozytywnego i w swojej tkliwości majestatycznego, lepszego niż Ty sam. Egzemplarze „Merriweather Post Pavilion” Animal Collective i „Lift Your Skinny Hands…” Godspeed You Black Emperor pogrzebałeś w sercu, pod stertą zmielonych prasą tranzystorów.

Być może będziemy razem. Coś się z pewnością zmieniło. Nie wiem czy mam dzisiaj na tyle przekonania, żeby zdobyć się na jakieś podsumowanie tego, co dzisiaj jest nam wspólne. I dlaczego czuję się w tym momencie jak John Connor wygłaszający patetyzmy na zakończenie filmu „Terminator: Rise of The Machines”? Znasz odpowiedź, Ros, Kveikur.

Kuba Kolan

Pięć i pół