SIGH – In Somniphobia (Candlelight)

Utarło się jakoś dziwnie, że muzyka Sigh wymyka się wszelkim schematom i trudno ją zdefiniować, bo to taka awangarda i to jeszcze metalowa, no i z Japonii co ma czynić ją, nie wiedzieć czemu, jeszcze bardziej egzotyczną. Ale „In Somniphobia” to album ani nietypowy dla Sigh, ani też wyjątkowy w ich dorobku.

Obcując z każdą płytą Sigh nie mogę uwolnić się od przesadzonego skądinąd skojarzenia z Army of Lovers, gdzie zamierzony kicz i eklektyzm w warstwie muzycznej i wizualnej (XVIII-wieczne peruki i klimat s/m) może i bawi, lecz nie pozwala uznać tego tworu za zespół z poważną ofertą dla melomanów. Nasuwa się też, bliższe właściwemu gatunkowi, skojarzenie z twórczością popaprańców z Meads of Asphodel. Choć podobnie jak w przypadku Sigh fragmenty muzyki angoli bywają fascynujące, to żonglerka stylistyką przypomina cyrk, który osobiście akceptuję w niewielkich dawkach.

 W świecie Pana Mirai na „Scenes From Hell” z 2009 roku rzeczony kazał nam wkładać głowy w paszczę lwa. Było mrocznie i egzotycznie, a umiejętnie wpasowane w blackmetalowy stelaż elementy symfoniczne i folkowe z rejonu Bałkanów tworzyły spójną stylistycznie całość dzięki wrzuceniu wszystkich składników do bardziej niż na „In Somniphobia” uszczelnionego, metalowego kotła i poskromieniu musicalowych i psychodelicznych zapędów. Zgrzytliwe wokale Mirai i brutalne Dr Mikannibal pasowały jak ulał do bagnistej atmosfery płyty, thrashowe zagrywki w swej prostocie stanowiły ciekawy kontrapunkt dla form bardziej epickich, ale nadal metalowych.

„In Somniphobia” to Mirai Kawashima i spółka przebrani tym razem za clownów usiłujących zaskoczyć widza numerem z wiadrem niczym Coluche w „Skrzydełko czy Nóżka”. Numer to już przećwiczony na „Imaginary Sonicscape”, podrasowany dodatkowo heavy metalem z „Gallows Gallery”, więc widz zaskoczony nie będzie. Muzyka na nowym albumie Sigh nie jest formalnie czymś specjalnie świeżym w szerszym ujęciu historycznym, bo krążek podąża susami za klimatami eksploatowanymi chociażby w „War of The Worlds”, rock-operze Jeffa Wayne’a z 1978 roku, gdzie usłyszymy min. charakterystyczne dla epoki naszych dziadów i pradziadów żeńskie chórki, auterspejsową elektronikę i „spopizowane”, gitarowe hardrockowe granie, do których pan Mirai dołożył swoim zwyczajem spoiwo w postaci elementów muzyki klasycznej. Gość z pełną świadomością kroi te metalowo-musicalowe dźwięki tępą piłą, nie pozwalając słuchaczowi na refleksję, że właśnie obcuje z dziełem wyjątkowym w swej powadze. Tną zatem niemiłosiernie niepasujące wokale Mirai i Dr Mikannibal do podkładów rodem z „Aquarius/Let the Sunshine In”, leje się obrzydliwie smooth jazzowy plastik a’la Tommy Emmanuel w zamykającym płytę „Equale”, zgrzytają zębiska w „Far Beneath The In-Between” w rytm marszów z soundtracku do „Nightmare Before Christmas” Tima Burtona, a w pierwszych dwóch utworach eurowizyjny heavy metal galopuje na spotkanie z kumplami z fińskiego Lordi. Może ujmę to inaczej: brakuje porządnego, progresywnego jebnięcia, jest za to progresywny zgryw. Cały ten eklektyzm Sigh jest jak zwykle nieco niechlujny. Zespół nigdy się tym specjalnie nie przejmował, uznając zapewne, że taka frywolność pozwala na swobodne zapożyczenia i luz aranżacyjny albo też jest efektem tychże. Stąd brak Sigh wdzięku i lekkości właściwego dla Muse („Knights of Cydonia”), rozmachu Devin Townsend Project („The Mighty Masturbator”), czy morderczej precyzji Mr Bungle (wybierzcie, co chcecie).

Pomimo mojego niezadowolenia z obranej przez Sigh swawolnej, lekko humorystycznej  estetyki, za którą już przygotowałem dla zespołu stos, ognia nie będzie. Sigh prezentuje własną wizję muzyki, w której zdarzają się nierzadko piękne dźwięki (chociażby wstęp do „Amongst The Phantoms”). Muszę oddać, że Mirai Kawashima ma rękę do cudnych melodii, w których sprytnie łączy klimaty orientalne, klasyczne czy bluesrockowe. Podsumowując, dla mojego podniebienia takie ilości patosu, schizofrenii i rockandrollowego odjazdu na jednej płycie zniechęcają do częstszego niż raz sięgania po „In Somniphobia”, co sprowadza się do potraktowania nowego dzieła Sigh, pomimo niemałej zawartości fajnej muzyki w muzyce,  jako  „ciekawej ciekawostki”.

Kuba Kolan   3,5/6