SIEKIERA – Ballady Na Koniec Świata (Manufaktura Legenda)

Prawda jest taka, że na „Ballady na Koniec Świata” czekałem jak na koniec świata. Muzyka popularna i tak cierpi już na inwazję zombie wszelkiej maści, a rzucona na żer próbka w postaci „Przekwitło Lato” zabrzmiała mi jakby Stare Dobre Małżeństwo grało „W Czarnym Lesie” Northland. Mniej lub bardziej potrzebne światu reaktywacje są widocznie kolejną rzeczą, na którą nie mamy w życiu wpływu, dobre przynajmniej to, że trafiają  się tak nieoczywiste i osobliwe jak ta.

Recenzję nowej płyty Siekiery wręcz wypada zacząć od peanów na cześć „Nowej Aleksandrii”, a ja nie mam zamiaru przełamywać tej wyświechtanej tendencji, bo wielbię ten album czołobitnie. W czasach wczesnolicelanych (jak i przez kolejne kilkanaście lat) „Aleksandria” pozwalała mi, dziecku kapitalistycznego prosperity i wysypu nowych technologii, poczuć klimat autentycznej PRL-owskiej mentalnej duchoty, na którą się nawet załapałem, ale z przyczyn metrykalnych wisiała mi ona kompletnie. Do tego świetnie korespondowała z młodzieńczymi spiekotami i zlodowaceniami duszy, co po wsze czasy wywindowało ją na szczyt osobistego rankingu albumów tak zwanie najważniejszych. Nieco później, na fali poszukiwań dźwiękowo-treściowej ekstremy, przyszła fascynacja wczesną, punkowo-rzeźnicką Siekierą, która również okupuje istotny fragment mojego serca, a w sensie muzycznym jest mi nawet dziś bliższa. Tym ciężej było mi przyswoić „Ballady na Koniec Świata”, nie tylko dlatego, że poezją śpiewaną (w polskim rozumieniu tego określenia) brzydzę się organicznie.

Przy którymś z kolei odsłuchu „Ballad…” przypomniał mi się znakomity dokument „The Devil and Daniel Johnston” który oglądałem parę lat temu. Johnston, zakochany w piosenkach Beatlesów schizofrenik o umyśle dziecka, wiecznie walczący z demonami (bynajmniej nie tymi metaforycznymi) oczarował swoimi nagraniami świat amerykańskiej alternatywy i wyrósł na swoistą ikonę tejże. Oczywiście były to amatorskie płody zdziecinniałego umysłu, które trudno ocenić zwyczajnym kryterium „jakościowym”, ale na swój sposób przyciągały tym, że twórca nie miał pojęcia o kontekście swoich dzieł i grał swoje piosenki o duszku Kacprze, jakby nie było na świecie innej muzyki. Bynajmniej nie mam zamiaru porównywać Tomasza Adamskiego do Johnstona, bo intelektualnie i artystycznie to dwie różne ligi, ale wydaje mi się, że klucz do zrozumienia (o ile muzykę trzeba „rozumieć) „Ballad…” tkwi w odniesieniu jej do samego twórcy, a nie dorobku Siekiery czy nawet innych dźwięków, które się grało lub gra naokoło i z którymi ewentualnie można je skojarzyć. Dla porządku ustalmy jednak, że trzecie oblicze Siekiery z poprzednimi nie ma wiele wspólnego, i muzycznie, i na płaszczyźnie tzw. „wrażliwości”. Apokaliptyczny teatrzyk makabry i frenetyczny krzyk otoczonej betonem jednostki zastąpiła skrajna introspekcja wrażliwca, który kompletnie wyabstrahował się z rzeczywistości i pogoni donikąd. Adamski dawno wykluczył się ze świata i śpiewa dziś proste, wręcz naiwne, ale szczere teksty natchnioną manierą człowieka, który zapadł się w siebie. „Szczerość” w ogóle jest słowem, które należałoby odmieniać przez wszystkie przypadki kiedy mówimy o tej płycie, bo tłumaczy też takie a nie inne wcielenie muzyczne Siekiery. I znów – Adamski nie jest takim Johnstonem-samoróbką, który nie ma pojęcia jak się gra i raczej usiłuje niż tworzy. „Ballady…” tkwią poniekąd w folkowo-songwriterskiej tradycji, ale takiej, która raczej nie przemówi do wielbicieli Fleet Foxes, Bon Iver czy nawet „Prince’a” Billy’ego. Siekiera pobrzmiewa echami fascynacji autora – starych płyt Cohena, Drake’a, ba, nawet Cata Stevensa czy, o zgrozo, tłustowłosej poezji śpiewanej z programu pierwszego Polskiego Radia. Ciepły, egzaltowany wokal, akustyczne gitary, klawisze – wszystko to są jednak tylko środki, którymi Adamski posługuje się czasem zręcznie, a czasem nieudolnie, balansując na granicy dobrego smaku. „Ballady…” mają dwie twarze, a gorzej wypada ta cieplarniana i urocza jak twarz dziecka upieprzona dżemem i lukrem, czyli przede wszystkim „A Gdyby” i „Przekwitło Lato” – mdłe, ogniskowe smęty z krainy łagodności, nijak nie współgrające z ponurymi tekstami. Niespecjalnie pomaga im też realizacja dźwięku, często gęsto dość pecetowa. Bardzo dobrze wypadają za to trzy utwory instrumentalne, znakomity, mroczny „Poza Czasem” czy zalatujący klimatem „Nowej Aleksandrii” transowy „Droga na Szczyt”, gdzie faktycznie czuć symbiozę poetyki teksów i muzyki.

Zasadnicze pytanie brzmi, czy dla tych fajnych fragmentów warto przymknąć oko na te mniej fajne? Spieszę z odpowiedzią – otóż, moim zdaniem wcale nie trzeba. Wypadałoby natomiast odcedzić samą muzykę od własnych przyzwyczajeń i maniery krytyka-encyklopedysty. Płyta „Ballady na Koniec Świata” w żadnym wypadku nie jest dokonaniem wybitnym, ma swoje wady, niekiedy dość mocno kłujące w uszy i kontrastujące z naprawdę mocnymi stronami. Ten album ma jednak niepodrabialny pierwiastek autentyczności i nie sposób Adamskiemu zarzucić, że odcina kupony od chlubnej przeszłości tłukąc chałtury dla eks-punków. Jasne, że sam ładunek emocjonalny dobrej płyty jeszcze nie nagrał ani nie wyprodukował, ale też nie ma sensu na siłę upychać Siekiery do szufladki z „neofolkiem”, dumać czy jest to płyta lepsza czy gorsza niż ostatnie Rome i jak mają się zaśpiewy z „Ludzie Mówią” na przykład do Anthony and the Johnsons. Przy wszystkich niedociągnięciach, są „Ballady…” wypowiedzią artystyczną tak skrajnie osobistą i ekshibicjonistyczną, że czasem ginie z oczu wyczucie formy. Wolę jednak taką twarz Siekiery niż skrojoną pod zapotrzebowanie sterylną wydmuszkę z makijażem permanentnym. Nie wszystko musi być idealne, a już muzyka z pewnością, więc „Ballady…” przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza i wybieram przegryzanie się przez ułomności albumu, który wbrew pozorom i na przekór papkowatej formie jest prawdziwym wyzwaniem.

Bartosz Cieślak