SICK OF IT ALL – Last Act of Defiance (Century Media)

Jest tu ktoś, kto ich nie zna? To chyba niemożliwe, żeby nie kojarzyć tej nazwy, bez względu na to czy siedzisz w power metalu, punk’u czy jeździsz na Piknik Country do Mrągowa. A nawet jeśli nawet nie kumasz, to i tak pewnie któryś z Twoich kumpli miał „wydziabane” ich logo z charakterystycznym, chińskim smokiem. Chłopcy i dziewczęta, mowa o Sick Of It All, a mowa dlatego, że ci wiekowi już panowie nagrali właśnie album, którym jak za pomocą mocnego podmuchu, oczyszczą z kurzu co poniektórym tą sprawdzoną od lat markę, ale o tym za chwilę.

Zawsze był to dla mnie ważny zespół, głównie dlatego, że przeniósł moją osobę w świat hard core’a, we wczesnych latach liceum ogólnokształcącego, kiedy uważałem się za ortodoksyjnego metala. Ich albumy były jednymi z moich pierwszych płyt kompaktowych. Tak, tak, na dodatek bardzo chciałem wytatuować sobie w tym okresie tego wspomnianego smoka. Kiedy słucham „Last Act Of Defiance”, bo taką nazwę nosi ich gorący, wyciągnięty prosto z pieca, tłusty niczym pizza z podwójnym serem krążek, zastanawiam się ponownie nad tym tatuażem. Mówię serio. Umówmy się, ten album muzycznie nie wnosi niczego nowego i nadzwyczajnego, jeśli zatem oczekujesz, że ci goście po 28 latach zaczną wydziwiać i tym samym komplikować całą sprawę, będziesz w błędzie. Oczywiście, mieli w swojej „karierze” lepsze i słabsze momenty, ale muszę z czystym sumieniem i stoickim spokojem przyznać, że tym razem jest lepiej niż bardzo dobrze, i wcale nie dlatego, że w tych klimatach nie dzieje się od paru ładnych lat nic specjalnie godnego uwagi. Zresztą, nie chce mi się nawet porównywać tej kapeli do obecnej sytuacji sceny hc, ani nikogo obwiniać za taki stan rzeczy; słucham ich jako po prostu jako SOIA, ewentualnie odnosząc się jedynie do ich dotychczasowych dokonań.SOIA band

Ten album jest jakby powrotem do korzeni, co ostatnio próbował osiągnąć Madball, ale jakoś im nie wyszło; w przypadku braci Koller & Co. mamy sytuację zdecydowanie odwrotną. Materiał jest fajnie zgrany, bez szczególnych, muzycznych rozjazdów, zagrany na luzie, pozbawiony sztucznego ciśnienia na wielkie hardcorowe, śpiewne hymny, które poruszą tłumy. Chociaż hitów także nie brakuje, np. numer „2061”, który jedzie do przodu, jak za ich najlepszych czasów, albo „Road Less Traveled” – to przebój na miarę „Scratch The Surface”. Totalnie zajebisty. Bardzo fajne rozwiązania gitarowe, plus dużo mocnych chórów w „Part Of History”, dalej chwytliwy „Get Bronx”, jak tu ich nie kochać? Następnie „Never Back Down”, mógłby spokojnie pojawić się na „Built To Last”, aż chce się krzyczeć „fight, fight, fight! Znowuż na „Facing The Abyss” mamy wpadające prosto w ucho riff’y, potężny „Act Your Rage”, czy kończący zabawę „DNC” to klasyczne, melodyjne SOIA. Tak sobie lecimy przez 14 utworów, z których każdy ma w sobie inny groove, motorykę, czy historię.

„Last Act…” przypomina mi poniekąd „Just Look Around” z tym, że jest mniej surowa. Nawet brzmienie jest podobne, nie ma tam tak dużo ciężaru, ani typowo metalowego soundu, jaki mieli płytę, czy dwie temu, co też cieszy, bo trochę mi to do nich nie pasowało. Co wcale nie oznacza, że te kawałki nie zawierają mocy i energii, a to właśnie powinna być esencja hardcore. Tego akurat jest od groma. Nie spodziewając się niczego spektakularnego po tym albumie, odnoszę wrażenie, że wypadałoby ściągnąć czapeczkę z daszkiem z głowy, skoro po tylu latach potrafili wysilić się i wymyślić naprawdę solidny, zwarty i jeden z lepszych w swoim dorobku materiał, nadal mają świetne pomysły, czuć chęć do grania, i chwała im za to. Wracając do tytułu, oby to nie był ostatni akt buntu z ich strony. Tak trzymać!

Sam Tromsa

Pięć i pół