SHINTO KATANA – Redemption (Let It Burn Records)

W tym roku nie było mi dane słyszeć bardziej wtórnej kapeli niż Shinto Katana. Swoją drogą, jasna cholera, band z Australii a hołduje japońskiemu ostrzu?! Gdyby jeszcze dźwięki zawarte na „Redemption” były w połowie tak dobre jak przykładowo, Crystal Lake, japońskiego odpowiednika Parkway Drive – to ok, ale bieda i przeciętność na „Redemption” aż rażą w uszy.

Kolega z amerykańskiego portalu The New Review słusznie zauważył, że ta australijska horda z premedytacją zrzyna z dokonań Confession (z debiutanckiej ep-ki) i The Acacia Strain, dodając do tego niby progresywny pierwiastek i melodie. Ale co z tego, skoro na dłuższą metę nie da się tej muzyki słuchać, ani tym bardziej do niej wracać.

Nergal powiedział kiedyś, że nie ma nic gorszego jak przeciętność. Jego zespół na żadnym etapie nie był przeciętny; mógł być inny, dziwny, ale nie przeciętny – a grają przecież ekstremę. Co zatem myśleć o kapelach, które nie grzeszą ani umiejętnościami, ani solidnym songwritingiem (osobiście wykroiłbym z tego materiału co najwyżej ep – kę…) ani frontmanem, który ciągnąłby ten zespół. Dodatkowo, jeśli muzycy określają się mianem załogi hardcore, tym bardziej coś jest nie tak.
Bida z nędzą. Tak jak literalnie każdy bity breakdown na tym albumie…

Grzegorz „Chain” Pindor