SHINING  – Redefining Darkness (Spinefarm Records)

Naiwnym byłoby sądzić, że seria doskonałych krążków Shining skończy się dopiero samobójczym aktem jej lidera. Mimo tego, po wyśmienitym „V”, formalnie doskonałym „VI” i bardziej ascetycznym „VII” oczekiwanie na to, że płyta numer osiem zaprezentuje równie  wysoki poziom, wydawało się uzasadnione. Nadzieje i zarazem niepokój wlał w moje serce Niklas Kvarforth, gdy w jednym z wywiadów wspomniał o eksperymentowaniu, o nowym, innym i wyjątkowo mrocznym obliczu muzyki Shining.

W trakcie pierwszego odsłuchu nie mogłem uwolnić się od wrażenia, że faktycznie Shining próbuje przegrupować siły i zawrzeć w swojej muzyce jakąś wartość dodaną poprzez nadanie albumowi bardziej charakterystycznych cech, co przejawiło się w zaaplikowaniu słuchaczom bardziej przebojowych zagrywek, którym tym razem towarzyszy język zrozumiały nie tylko dla obywateli Szwecji i szwedofilów. Z tych wielu „bardziej” niewiele nowego i dobrego jednak wynikło. Momentami muzykę na „Redefining Darkness” przyobleczono bowiem w przebojowe formy (np. „Hail Darkness Hail”) i uzyskano w mojej ocenie nie do końca przekonywujący efekt. Udręczenie podmiotu lirycznego tworzy tu dysonans z podejściem „piszemy blackmetalowy przebój”, co w rezultacie odbieram jako element niezbyt zgrabnego efekciarstwa. Niby to nic nowego w przypadku Shining, bo połowa (?) metalowego świata wyśmiewała narkotykowo-samobójczą pozę lidera Shining. Jednak do tej pory na albumach V-VII Niklas i spółka udanie balansowali między  patroszeniem własnego ja, a wyjątkowej urody utworami. Zwodzili mnie na pokuszenie dojrzałą szwedzkojęzyczną wizją świata, gdzie dominował przede wszystkim dobry smak. Teraz bój toczy się o jakże ważne w odbiorze sztuki niuanse, bo samej muzyce zawartej na „Redefining Darkness” nie sposób odmówić składności i profesjonalizmu wykonawczego. Gdy zrozumiałem część tekstów wyśpiewanych charakterystyczną, niklasową manierą (która w zderzeniu z TAKIMI tekstami zwyczajnie może słuchacza śmieszyć, jeśli nie wprawić go w zażenowanie), zobaczyłem w liderze zespołu tylko cynicznego kuglarza, który zbytnio zawierzył swojej umiejętności oprawiania banału w czarny całun „poważnego” grania. W przywołanym wyżej „Hail Darkness Hail” nasz bohater informuje nas, że przemierza cały świat w poszukiwaniu ciemności, bez której wpada w obłęd, na dowód czego fragment tego utworu śpiewa po… hiszpańsku, serwując nam wreszcie optymistyczny tekstowy finał w stylu satyriconowego „w ciemności lepiej widać gwiazdy” z epoki „Age of Nero”. Kompozycja ”The Ghastly Silence” poza pomysłowo wplecionym motywem kojarzącym się ze ścieżką dźwiękową z filmu „28 Days Later” raczy nas zagrzebanym pod wysiloną emocjonalnością lamentem w postaci „You cannot sleep, you cannot cry and you cannot smile unless someone dies”. Taka wyliczanka ludzkich niemocy znacznie lepiej prezentowała się w „Can’tspeak” Danzig. To wszystko tworzy wrażenie braku dojrzałości autora, który podpierając się z jak zawsze kompetentną, ale niestety trochę mniej porywającą muzyką, rozczarowuje. Być może znajdując się w trakcie odsłuchu „Redefining Darkness” w stanie „podprogowej” szczęśliwości dostrzegłbym coś interesującego w tej „nowo” definiowanej ciemności, a tak – jako jednostka stosunkowo zadowolona z życia, widzę tylko poprawnie wykopaną czarną dziurę w ziemi.

Kuba Kolan

Trzy i pół