SHINING – International Blackjazz Society (Spinefarm Records)

Shining (ten norweski, rzecz jasna…) jest dowodem na to, że w tzw. muzyce ekstremalnej, wszystko już było i zaczynają się dziać rzeczy przeokrutne. Poziom eklektyzmu dawno osiągnął najwyższy poziom, artyści to wracają do przeszłości, albo w szale oglądają się na wszystkie strony, biorąc na warsztat co popadnie. Czasami wychodzą rzeczy ciekawe, czasami nie. Shining należy do tych ambitniejszych a do panteonu wlazł za sprawą płyty „Blackjazz” (2010), którą rozpieprzył wszystko, co możliwe, łącząc jazz z industrialem i black metalem, dokonując przy tym samozagłady, o czym zresztą świadczy ciągłe odwoływanie się do sławetnego tytułu. I wreszcie stanął na rozdrożu…

Jak powszechnie wiadomo, Shining zaczynał od muzyki akustycznej/jazzowej i dopiero jakieś nieogarnięte demony kazały przyjrzeć się czarnej sztuce, co eksplodowało na piątej (!) płycie zespołu. Było to coś olśniewającego – opętany trans, inkrustowany chorymi rajdami pijanego saksofonu, gryzącego się z gitarowym hałasem.  Na „Blackjazz” muzycy oparli się o absolut, kiełznając szaleństwo, jednak ta sztuka udała się tylko raz. Wprawdzie na One One One starali się ponownie mieszać ile wlezie, ale dzisiaj wiadomo już, że trochę się zaplątali. Najnowsze dzieło, ponownie szafujące sławetnym blackjazzem, pokazuje grupę na małym rozdrożu. W zasadzie wszystkie elementy są na miejscu, jednak pierwszy raz mam wrażenie, że panowie nie do końca wiedzieli, w którą stronę pójść, dlatego postanowili przyłożyć do pieca. Po raz pierwszy, słuchając szczególnie pierwszej części płyty, rozbolała mnie głowa. W zasadzie jest to jedno wielkie przegięcie – przesterowane gitary, przesterowany wokal i przesterowane saksofony walczą o pierwszeństwo na dudniącej, industrialnej sekcji rytmicznej. Choć bardzo sobie cenię ten skład, uważam, że przeginanie dla samego przeginania jest bez sensu. Owszem, można spróbować, ale poza konsternacją może nic w pamięci nie pozostać.Shining

Dopiero w drugiej połowie płyty zespół idzie po rozum do głowy i przedstawia kilka nowych możliwości, które mogą być czymś w rodzaju próby wyjścia z matni, chyba w tym momencie dla Shining niezbędnej. Nowe otwarcie następuje wraz z math core’owym „House of  Warship”, najciekawszy jest niewątpliwie „House of Control”, prezentujący sprawny miks post rocka w ciekawej aranżacji – znajdziemy tu i melodię i nieco wyciszenia, słowem, udany, interesujący song. Króciutki „Church of Endurance” to niespełna minuta dronów i wreszcie na finał wybrano fajnie zrytmizowany „Need”. Z pierwszej części płyty zapamiętałem w zasadzie jedynie „Last Day”, ze względu na podobieństwo do industrialnego pompowania znanego z solowych płyt Roba Zombie.

Piszę te słowa w przeddzień koncertów zespołu w Polsce (01/02/03.11) i jestem pewien, że występy Shining moje obawy i nadzieje choć trochę rozjaśnią. Ale jeśli nawet niczego nowego już nie wymyślą, pozostaną twórcami jednej z najlepszych i wizjonerskich płyt w temacie ekstremalnego hałasu. Zdaję sobie sprawę, że wymyślenie w 2015 roku czegoś absolutnie nowego jest niemal niemożliwe i pewnie norweska załoga, chcąc ponownie zaskoczyć, musiałaby po prostu powrócić do grania klasycznego jazzu. Tak czy inaczej – dla maniaków rzecz obowiązkowa i piszę tu oczywiście o koncertach, a dopiero w drugiej kolejności o płycie. Dzisiaj bez oceny…

Arek Lerch